niedziela, 4 grudnia 2016

"Ludzie filmu" - wystawa fotografii Rafała Placka, 29-30 listopada 2016, Zabrze

  Fotograf Rafał Placek od 2014 roku portretuje osobistości polskiego kina na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Zdjęcia te złożyły się na wystawę pt. „Ludzie filmu”, którą 29 i 30 listopada można było oglądać w dawnym budynku łaźni łańcuszkowej sztolni Królowa Luiza w Zabrzu. Przed obiektywem stawali reżyserzy i aktorzy różnych pokoleń i obu płci, specjalizujący się w zupełnie różnych rodzajach kina. Naprawdę przyjemnie patrzy się na taki kontrast: Andrzej Wajda w towarzystwie Jana P. Matuszyńskiego i Łukasza Palkowskiego, Jan Komasa obok Grzegorza Królikiewicza, a Michał Marczak ramię w ramię z Mitją Okornem.
  Osobiście odniosłem wrażenie (i Rafał Placek się tu ze mną zgodził), że na części zdjęć widać duszę filmów danego twórcy, a na reszcie duszę samego twórcy. Na przykład Wojciech Smarzowski – wszyscy wiemy, jakie filmy robi – wciska ręce w kieszenie dżinsów, unosząc przy tym ramiona jakby w geście pokory i wpatruje się czubki swoich butów; Marcin Bortkiewicz – człowiek szalenie pozytywny i energiczny – ubrany w odcieniach szarości, zamyślony patrzy gdzieś w bok, jakby zastanawiał się nad losami bohaterów swojej „Nocy Walpurgi”. Najbardziej w pamięć zapadł mi portret Marcina Wrony. Rafał Placek miał tego „farta”, że jego zdjęcie Wrony jest tym ostatnim, zrobionym zaledwie kilka godzin przed śmiercią reżysera. Wrona ma na sobie grubą czarną kurtkę i przygarbiony stoi lekko bokiem do obiektywu, jakby już chciał odejść, ale patrzy prosto na nas z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
  Na koniec chciałbym gorąco podziękować Rafałowi Plackowi za niesamowitą, inspirującą rozmowę i wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Mam nadzieję, że będzie kontynuował swój projekt jeszcze przez wiele lat i pokazywał go nie tylko na festiwalu w Gdyni, lecz w całej Polsce.






Mała, mocna czarna - recenzja filmu "Rewers" (2009)



  Szczerze mówiąc, patrząc na slogan „Wszystko ma drugą stronę. Czarna komedia” niespecjalnie potrafiłem sobie wyobrazić „Rewers” jako czarną komedię. Jednakże, jest to w istocie czarna komedia. Naprawdę czarna, smoliście czarna. I do tego czarno-biała, w kontekście kolorystki, nie charakterów bohaterów. Tu brawo dla scenarzysty Andrzeja Barta za napisanie postaci, które, mimo tego, że wyglądają tak a nie inaczej, nie muszą się zachowywać tak, jak widzowi podpowiada jego intuicja i filmowe doświadczenie. Unikatowość „Rewersu” polega także na tym, że jest to film bardzo klarownie pokazujący najgorsze okropieństwa PRL-u i jednocześnie rekompensujący je dawką błyskotliwego i dojrzałego humoru. 

  Siłą fabularnego debiutu Borysa Lankosza bezdyskusyjnie są również zdjęcia, za które odpowiada Marcin Koszałka, nagrodzony za swoją pracę Brązową Żabą na Camerimage 2009. Film przez pierwsze pół godziny bardzo przekonująco imituje autentyczną produkcję z epoki, tj. z lat 50-tych. Później można odnieść wrażenie, że praca kamery zależna jest od stanu emocjonalnego Sabiny. Chodzi tu nie tylko o rezygnację ze statywu czy wózka, ale także o nietypowe częściowe rozmycie kadru; na przykład: gdy widzimy Bronisława i Sabinę (w dość nieciekawej sytuacji), oboje na pierwszym planie, jego twarz jest niewyraźna, jakby ocenzurowana, podczas gdy jej twarz jest zupełnie ostra. Do tego dobrze dopasowane kostiumy, świetna (w większości wybudowana w studiu) scenografia oraz jedyna w swoim rodzaju jazzowa muzyka Włodka Pawlika. 
  „Rewers” może też pochwalić się imponującą (pod względem osobowości), a zarazem skromną (pod względem liczebności) obsadą. Niewątpliwie rolę życia zagrała tu Agata Buzek – jej specyficzna uroda idealnie pasuje do Sabiny. Ona nie jest brzydka; jest ładna, tylko po prostu ładna trochę inaczej. Tak samo trudno jej nie obdarzyć sympatią, jak i zarazem nie podśmiewać się z jej ogólnej nieporadności. Nieprzypadkowe są także specyficzne i niemrawe spojrzenia, chód, gesty oraz mimika. Natomiast wcielający się w Bronisława Marcin Dorociński w dużej mierze przypomina tu swojego Despera z „Pitbulla” z 2005 roku. Szarmancki, bezpretensjonalny, intrygujący, w kremowym prochowcu, z nienaganną fryzurą – mężczyzna poniekąd idealny. Krystyna Janda i Anna Polony jako dwie stare kwoki – no po prostu genialne. Na dokładkę w epizodzie psychodeliczny Adam Woronowicz jako nad wyraz obleśny absztyfikant, księgowy Pan Józef. 

  Podsumowując, „Rewers” to naprawdę dobre kino, urzekające niekonwencjonalnym i ironicznym podejściem do oklepanego tematu, jakim są czasy stalinowskie (dzień śmierci wodza również zalicza w filmie symboliczny występ). Byłbym jeszcze zapomniał o bardzo dobrze pomyślanych, już kolorowych wstawkach rozgrywających się we współczesności, także w Warszawie – to był świetny pomysł. Warto dać się wciągnąć.

wtorek, 4 października 2016

17. Letnia Akademia Filmowa, Zwierzyniec, 5-15 sierpnia 2016

Letnia Akademia Filmowa odbywa się w Zwierzyńcu od 2000 roku, w pierwszej połowie sierpnia. Tegoroczna, siedemnasta edycja wypadła w dniach 5 – 15 sierpnia. Zwierzyniec to niewielkie miasteczko w województwie lubuskim, pół godziny od Zamościa. Na co dzień działa tu tylko jedno kino - „Skarb”, dysponujące ok. setką miejsc siedzących. Na potrzeby festiwalu uruchamiane są cztery dodatkowe kina: „Jowita” i „Salto” (zorganizowane w dość dużych salach gimnastycznych), „Dzięcioł” (w skromnej auli ze sceną i kulisami) oraz nocne kino plenerowe przy budynku zabytkowego browaru. W jednym kinie dziennie jest wyświetlane około siedem filmów (z wyjątkiem nocnego, tam tylko jeden); niektóre krótkometrażowe, niektóre z prelekcją, niektóre ze spotkaniem autorskim. Łącznie w trakcie tegorocznej edycji pokazane zostało około 250 filmów. Były one podzielone na sekcje, poświęcone poszczególnym gatunkom, twórcom, krajom lub tematom. Karnet na wszystkie filmy kosztuje 200 zł, pojedynczy bilet – 10 zł. Ja, przy moim bezlitosnym zapale i tempie (bieganie prosto z kina do kina, od 9 – 10-tej do 20-tej albo nawet później), obejrzałem coś około pięćdziesięciu, w tym kilka krótkometrażowych, a niektóre nie do końca, bo wychodziłem na jakiś inny. 


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Oko prawdę Ci powie - recenzja filmu "Neon Demon" (2016)

  Urocza, szesnastoletnia Jesse (siedemnastoletnia Elle Fanning, na zdj. poniżej) uważa, że nie ma żadnych wyjątkowych talentów, a jej najważniejszym atutem jest uroda. Przyjeżdża więc do Los Angeles, aby rozpocząć karierę modelki. Poznaje przy tym początkującego fotografa Deana (Karl Glusman), wizażystkę Ruby (Jena Malone) oraz modelki Gigi (Bella Heathcote) i Sarah (Abbey Lee). I tak oto kolejne niewinne dziewczę z prowincji zanurza się w bagnie zawiści, zazdrości i obłędu, z którego rzadko wychodzi się „z tarczą”. 

 
  Nicolas Winding Refn już przy okazji „Drive” pokazał, że europejski twórca w Ameryce może dalej robić filmy w stylu europejskim - bez setek wybuchów, dynamicznej fabuły, efekciarskich zdjęć i arcyekspresyjnej gry aktorskiej. „Neon Demon”, podobnie jak amerykański debiut jego twórcy, jest do bólu statyczny i, za przeproszeniem, wręcz ślamazarny, zarówno w kontekście prowadzenia fabuły, jak i „obrazowania” jej. Dialogi opierają się na zdawkowych pytaniach i odpowiedziach, bohaterowie praktycznie wcale się nie unoszą – każdy krzyk w tym filmie jest swego rodzaju zaskoczeniem. Co miłe, „Neon Demon” pobłażliwie traktuje stereotypy dotyczące modelek (dziwki, anorektyczki). W całym filmie są tylko dwie rozmowy poruszające te tematy i są one dosyć krótkie oraz nie mają większego znaczenia dla historii; łatwo też wtedy szybko wychwycić, kto żartuje, drwi albo kłamie. Duży szacunek ode mnie dla Refna za zrobienie takiego filmu bez epatowania nagością i seksem, i fizycznością w ogóle. Pomimo atrakcyjnego, „gorącego” tematu, jest on po prostu zimny, skromny. Spora w tym zasługa bardzo dobrych zdjęć Natashy Braier – statycznych, bawiących się oświetleniem, lustrami i przestrzenią. 



  Pomimo tego całego „spokoju”, „Neon Demon” momentami przypomina koszmarny sen albo jakąś wizję po „kwasie”, ale nie jest przy tym surrealistyczny. Dzieją się rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę, czy tylko w wyobraźni Jesse. Do tego transowa muzyka Cliffa Martineza, w połączeniu z jasnym, pulsującym światłem, działa niemalże hipnotyzująco i świetnie buduje napięcie. Epileptycy, strzeżcie się. Po takich scenach zazwyczaj następuje coś w miarę normalnego, tzn. bez muzyki i ze spokojnym oświetleniem. Film chwilami zahacza też o horror – i taki klasyczny („coś jest w moim pokoju”), i taki, w którym psychopaci z nożami ganiają się po wielkim, pustym domu. 

 
  Jestem głęboko poruszony historią Jesse. Główna bohaterka od początku wzbudza sympatię swoją normalnością w toksycznym środowisku, do którego wchodzi zdecydowanie, acz z leksza nieśmiało. Poznaje osoby, których intencje i zamiary wobec niej do ostatniej chwili nie są jasne. Koniec jej historii był dla mnie naprawdę niewiarygodny i chyba jeszcze niezupełnie do mnie dotarło to, co zaszło. „Tragedia” byłaby tu chyba w miarę adekwatnym określeniem; i cokolwiek sobie teraz wyobrazisz, Drogi Czytelniku – nie, to nie to, to coś jeszcze tragiczniejszego, gorszego. Wyrazy uznania dla Elle Fanning, jeszcze będą z niej ludzie. Jesse w jej wykonaniu świetnie przechodzi z sympatycznej, prostej dziewczyny w zimną i egocentryczną „woskową figurę”. Poza nią chciałbym jeszcze wyróżnić Jenę Malone jako Ruby (na zdj. powyżej po prawej). To jest ten najbardziej tajemniczy rodzaj postaci drugoplanowej, która, o ile jest dobrze zagrana, w oczach widza staje na równi z główną bohaterką. I na stałe zapisuje się w pamięci, dzięki takim scenom jak na przykład ta druga w kostnicy. 
  Jeden ze sloganów reklamowych „Neon Demon” stawiał dwa pytania retoryczne: „Czy to tylko piękny sen? A może wstęp do koszmaru?”. Dla mnie jedno i drugie, chociaż tego pierwszego jest zdecydowanie więcej, i jest to naprawdę przepiękne, a to drugie gwałtownie się zaczyna i jeszcze gwałtowniej kończy. Refn, czym ci ta biedna Jesse zawiniła, że zafundowałeś jej taki koniec?!


OSTRZEŻENIE: „Neon Demon” bywa porównywany do „Mulholland Drive”. Nie dajcie się zwieść! Oba te filmy wprawdzie mają niektóre cechy wspólne (LA, wątek robienia kariery, żądza, zazdrość), ale w gruncie rzeczy są zupełnie różne, zarówno od strony wizualnej, jak i sposobu prowadzenia narracji. Ach, ten marketing...

9. Ogólnopolskie Spotkania Filmowe „Kameralne Lato”, 3-9 lipca 2016, Radom

  Ogólnopolskie Spotkania Filmowe „Kameralne Lato” odbywają się w Radomiu od 2007 roku. Filmy walczą o nagrody w trzech konkursach: głównym, filmów niezależnych oraz Filmów Odrzutowych HYDE PARK. Pokazy odbywają się w lokalnym kinie Helios, a do tego dochodzą: cykl Kameralne Lato Dzieciom, pokazy plenerowe i specjalne, wykłady, wystawy oraz warsztaty filmowe. 
  Warsztaty są darmowe i odbywają się pod opieką profesjonalnych reżyserów. W zeszłym roku byli to Rafael Lewandowski („Kret”) i Grzegorz Jaroszuk („Kebab i horoskop”), w tym roku – Marcin Bortkiewicz („Noc Walpurgi”) i Kuba Czekaj („Baby Bump”), odpowiedzialni kolejno za grupy warsztatowe WALPURGA (moja) i BUMP. Każda realizowała swój film krok po kroku, zaczynając od przeglądu nadesłanych pomysłów na scenariusze i wybraniu jednego z nich. Następnie był on rozwijany i dopracowywany przez opiekuna i całą grupę. Potem podział ról, zdjęcia próbne, dobieranie lokacji, no i kręcimy. W sumie trzy dni na scenariusz i organizację, dwa na zdjęcia. Potem jeszcze dwa na postprodukcję – montaż i dźwięk pod okiem opiekunów technicznych - zawodowców: filmowców Tomasza Pyraka (WALPURGA) i Krystiana Dulewicza (BUMP) oraz dźwiękowca Doroty Nowocień.
  Ponadto, jako uczestnicy warsztatów, pomagaliśmy na planach dwóch spotów realizowanych na potrzeby kampanii społecznych prowadzonych przez mazowiecką policję, która jest współorganizatorem całej imprezy.


piątek, 1 lipca 2016

London calling - recenzja filmu "Obecność 2" (2016)

  Jakby się tak zastanowić, to nawiedzone domy zazwyczaj znajdują się na kompletnym odludziu, w środku lasu etc. Może Zło nie lubi mieć świadków. A może ma to dać nam poczucie bezpieczeństwa, bo przeważnie mieszkamy w blokach czy na osiedlach. Pierwsza część „Obecności” zdawała się potwierdzać tę teorię, ale druga... No cóż, londyńskie osiedle to nie byle wygwizdów. W latach 70-tych mieszkała tam Peggy Hodgson (Frances O'Connor), samotna matka z czwórką dzieci w wieku szkolnym. 11-letnia Janet (Madison Wolfe) zaczyna lunatykować (?) i mieć niepokojące zwidy (?) typu „coś siedzi w ciemności”. Reszta rodziny szybko przekonuje się, że dziewczynka bynajmniej żartów sobie nie robi. Kościół przysyła na miejsce znanych z pierwszej części badaczy tego typu zjawisk, prosto z Amityville – Lorraine (Vera Farmiga) i Eda (Patrick Wilson) Warrenów. I się zaczyna...

(źródło: joblo.com)

  Obie „Obecności” obejrzałem na raz, pod rząd. „Jedynką” byłem nieprzyzwoicie zachwycony. Przez początkowe kilka minut seansu „dwójki” miałem wrażenie, że co jak co, ale straszne to to nie jest. I wtedy BUM! - pojawiło się Zło i włosy mi dęba stanęły. Coś tak prostego, a zarazem niepokojącego i (jak to ujmuje w pewnym momencie Lorraine) bluźnierczego, długo mnie będzie prześladować. A pomyśleć, że wymyślili to podczas dokrętek, trzy miesiące przed premierą. 

  Wan nie bawi się w łamanie konwencji, i właśnie to wyszło filmowi na dobre. Straszydła nie przejmują się subtelnym budowaniem napięcia, atakują nagle i bez zahamowań. W pierwszej części straszenie było równomiernie rozłożone w scenariuszu, od „najłagodniejszych” momentów do „wielkiej walki” na koniec; w drugiej – ataki są nieregularne, a na dodatek na podobnym poziomie „mocy”. Stałe poczucie zagrożenia generują tu zdjęcia Dona Burgessa – w niemalże każdym kadrze każdej z nocnych scen jest jakieś absolutnie ciemne miejsce, najczęściej kąt pokoju, który to upodobało sobie jako kryjówkę Zło. I jeszcze ta muzyka Josepha Bishary – buczenie, dudnienie, złowieszcze smyczki... pierwsza klasa. Wrażenie zrobiła na mnie także czołówka – przepiękna, w starym stylu, z tytułem zjeżdżającym co prawda z góry (dawniej były z dołu), napisanym wielką żółtą czcionką. Zatęskniłem za „Lśnieniem”, albo oryginalną „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”.

(źródło: npr.org)

  Z pierwszej części ostali się jedynie Farmiga i Wilson. Ona bardzo sprawnie wciela się w osobę empatyczną i szczerze przejętą cudzym nieszczęściem; on... No cóż, jego postura i mimika sprawiają, że momentami wypada trochę groteskowo. Ma po prostu nieprzyzwoicie prawilną gębę, pasującą bardziej do prezydenta (którego, nomen omen, zagrał w niedawnym „Batman v Superman”) niż gościa pokroju egzorcysty. W ogóle, w napisach końcowych możemy porównać sobie autentyczne postaci z grającymi ich aktorami. I, oczywiście, współcześni są o niebo piękniejsi. Jeszcze a propos Wilsona – dzięki scenie, w której gra na gitarze i śpiewa „Can't Help Falling In Love” Elvisa Presleya (to chyba zamierzenie najzabawniejsza scena w całym filmie), można zdać sobie sprawę, że jest do niego w pewnym stopniu podobny. Ciekawym, czy grał i śpiewał naprawdę... Na plus zaskakują dzieciaki – w ich grze nie ma żadnej przesady czy nienaturalności. Za kilka lat zobaczą, w czym przyszło im zagrać, i szczęki im opadną. „Lajk” dla scenarzystów za scenę w szkole – perełka. Niby nic, a cieszy (że u nas wcale nie jest tak źle). 

  Podsumowując, jeśli ktoś lubi mieć ciary na plecach – nie zawiedzie się. Jeśli ktoś zatęsknił za horrorami z lat 80-tych, może uroni tu łezkę (i przy okazji się konkretnie wystraszy parę razy). Pozostaje czekać na kolejny spin-off (roboczo zatytułowany „The Nun”) i pełnoprawną trzecią część (reżyserowi bardzo spodobała się sugestia z wilkołakiem). I niech Król Horroru XXI Wieku James Wan trzyma pieczę nad jednym ze swych najważniejszych dzieł! Bo obecnie pracuje nad adaptacją komiksu o Aquamanie (no błagam...).

(źródło: theguardian.com)

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Full walkthrough* - recenzja filmu "Alicja po drugiej stronie lustra" (2016)

  Alicja (Mia Wasikowska) ponownie trafia do krainy czarów, tym razem za pomocą lustra w domu Hamisha (Leo Bill). Tam od swoich starych znajomych dowiaduje się, że Szalony Kapelusznik (of course Johnny Depp) popadł w coś w rodzaju depresji i jedyne, co może go uratować, to spotkanie z rodziną, od dawna uważaną za zmarłą. Alicja wyrusza więc niezwłocznie na poszukiwania i cofa się w czasie, zadzierając przy tym z Czasem (w osobie Sachy Barona Cohena) i Czerwoną Królową (Helena Bonham Carter).

                    (źródło: ew.com)

  Ten film jest jak odjechana gra komputerowa. Momenty w czasie, do których przenosi się Alicja, pełnią funkcję kolejnych poziomów a.k.a. „leveli”, połączonych niesamowitymi przerywnikami („ocean czasu”), których nie powstydziliby się niejedni growi projektanci. Wszystko to zmierza do finałowej epickiej walki z bossem (tj. głównym przeciwnikiem), w tym przypadku z czasem (tym przez małe „cz”). I o ile „Alicja w Krainie Czarów” Burtona powstała jeszcze w czasach (2010), gdy zdarzały się gry na licencjach filmów, w przypadku „Po drugiej stronie lustra” nie ma na co liczyć – do producentów dotarło, że tego typu przedsięwzięcia są przeważnie porażkami zarówno finansowymi, jak i artystycznymi. A szkoda, bo to naprawdę dobry materiał na grę.

                    (źródło: artofvfx.com)

  Namaszczony przez Tima Burtona na stanowisko reżysera James Bobin bardzo sprawnie wywiązał się ze swojego zadania. Akcja filmu trzyma odpowiednie tempo przez cały czas i nie nuży. Dialogi są nawet strawne i okraszone nad wyraz dobrym poczuciem humoru, pozbawionym drętwych gagów, co (niestety) rzadko zdarza się w tych czasach produkcjom przygodowym, fantasy czy SF. Scenariusz może i jest do bólu prosty i przewidywalny, ale nie kłuje to specjalnie w oczy; ponadto widz nie znający zarówno poprzedniego filmu, jak i literackich oryginałów (tak jak ja), nie powinien czuć się z tego powodu zdezorientowany. Strona wizualna jest przyjemna dla oka – ponad roczny okres postprodukcji został w stu procentach wykorzystany, do tego dochodzą misterne kostiumy i wymyślna charakteryzacja (z wyszczególnieniem postaci Czasu). Muzyka, skomponowana przez niezawodnego Danny'ego Elfmana, jakoś nie zapadła mi w pamięć. Może po prostu na tyle dobrze współgra z obrazem, że nie zwraca się na nią szczególnej uwagi. 
  Reasumując, „Alicja po drugiej stronie lustra” to kawał zaskakująco dobrego kina, stanowiącego nienajgorszą rozrywkę zarówno dla młodszych i starszych, a nawet tych „gdzieś pomiędzy”. No i osób zainteresowanych gamedevem – ci znajdą tu porządną lekcję level designu.

* Tak na YouTubie opisane są filmy pokazujące kompletne przejście jakiejś gry komputerowej.

                    (źródło: movies.disney.co.uk)

czwartek, 9 czerwca 2016

Warsztaty na Festiwalu Filmów NieZwykłych w Sandomierzu, 30 kwietnia - 4 maja 2016

  Festiwal filmowy – to brzmi dumnie. Ale nie trzeba od razu organizować wielkiej filmowej orgii jak np. w Cannes. Można przez tydzień pokazywać przeróżne filmy w dwóch małych kinach w mieście, które większość Polaków kojarzy z księdzem jeżdżącym po rynku na rowerze. Dostałem się tam na warsztaty dzięki konkursowi Dwa Srebrne Ekrany, ja i kilkunastu innych szczęśliwców z całej Polski, którzy brali udział w dyskusjach na Facebooku, opisali filmowe oblicze swojej miejscowości lub przeprowadzili wywiad z osobą związaną z filmem. 


  Dzień po przyjeździe posadzono nas przy stole i oznajmiono, że zaraz przedstawią nam się trzej twórcy, a my mamy zdecydować, na zajęcia u którego mamy się zapisać. A byli to kolejno:
  • Marcin Bortkiewicz,
  • Robert Turło,
  • Maciej Cuske.
  Mój wybór padł na pana Marcina. Po rozmowie integracyjnej otrzymaliśmy nasze pierwsze zadanie „terenowe” - na uliczkach odchodzących od sandomierskiego rynku mieliśmy znaleźć dowolną osobę i przeprowadzić z nią wywiad. Mógł to być zarówno sprzedawca pamiątek, kelner, jubiler, jak i po prostu przypadkowy przechodzień. Potem z tego wywiadu mieliśmy wybrać jedno zdanie, które mogłoby być samodzielnym mottem, i zaprezentować je Marcinowi. A, byłbym zapomniał - nasze wywiady filmował Yann Baptiste Seweryn.


  Następnie pan Bortkiewicz oznajmił nam, że nakręcimy kilkuminutową etiudę o samotności w Sandomierzu. Polegało to na tym, że ciągaliśmy za sobą Yanna po całym rynku i wskazywaliśmy mu rzeczy, które, naszym zdaniem, pasowały do tematu – siedzący na uboczu mężczyzna w średnim wieku, milcząca para staruszków itp. Potem odbył się przegląd i selekcja materiału oraz montaż. Film został pokazany na gali kończącej festiwal, spotkał się z ciepłym przyjęciem publiczności. 
  Pozostałe dwie grupy połączyły siły i stworzyły formę łączącą wywiad z animacją. Andrzej Seweryn, Robert Więckiewicz i Marian Dziędziel kolejno stali się kieliszkiem wina, zgniecioną puszką po coli i pokaźnym kuflem piwa. Film w ostatniej chwili dotarł na galę i również spodobał się publiczności. 



  Jeśli w danej chwili nie jedliśmy, nie spaliśmy lub nie mieliśmy zajęć, to byliśmy w kinie lub w inny sposób mieliśmy kontakt z kulturą. Wieczór poezji, spotkania z twórcami filmowymi (Marian Dziędziel kradnie każdy show) i koncerty (z okazjonalnym striptizem), a przede wszystkim przeróżne seanse filmowe. Od przedpremierowego pokazu #WszystkoGra, przez Excentryków i Carol, aż po Wymyk i Różę. Do wyboru, do koloru.


Zdjęcia: Katarzyna Czubińska

sobota, 9 kwietnia 2016

Gwiazd naszych wina - recenzja filmu "K-Pax" (2001)

   Na Dworcu Centralnym w Nowym Jorku pojawia się mężczyzna (Kevin Spacey) i twierdzi, że pochodzi z innej planety. Trafia więc do instytutu psychiatrii na Manhattanie pod opiekę doktora Marka Powella (Jeff Bridges), który stara się odkryć jego prawdziwą tożsamość i genezę urojeń. 
   Bycie psychiatrą to podła robota. Nawet jeśli pacjent opowiada najwymyślniejsze bzdury, trzeba go cierpliwie wysłuchać i przyznać mu rację, bo może się obrazić i zamknąć w sobie. Należy też uważać, żeby się z nim nie „zaprzyjaźnić”. Zadaniem lekarza psychiatry jest bowiem uświadomienie pacjentowi, że nie ma racji, a nie bycie kompanem w świecie obłędu. 


   Podobną taktykę można zastosować oglądając „K-PAX” Iaina Softleya na podstawie powieści pod tym samym tytułem. Od tego, czyją perspektywę przyjmiemy – lekarza czy pacjenta – będzie zależeć odbiór zakończenia filmu. Może ono być rozczarowujące, zaskakujące lub poruszające, ale też na przykład oczywiste – w zależności od tego, po czyjej „stronie” jesteśmy – Prota (tak bowiem przedstawia się „kosmita”) czy dr-a Powella. Sęk w tym, że scenarzysta Charles Leavitt i pisarz Gene Brewer bardzo skutecznie utrudniają nam to zadanie. Dowody, które zbiera doktor, są po prostu wiarygodne i układają się w logiczną całość. Za to Prot w wykonaniu Spaceya jest tak przekonująco spokojny i elokwentny, że... no, łatwo się pogubić. Ponadto, film wymaga od widza skupienia, bowiem przegapienie kilku na pozór błahych zdań może sprawić, że wysiłki Leavitta i Brewera pójdą na marne. 


   Od strony technicznej film Softleya nie jest niczym nadzwyczajnym. Zdjęcia Johna Mathiesona są po prostu dostosowane do tempa akcji i nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć. W zasadzie jedyna rzecz, którą pozytywnie zapamiętałem, to muzyka Edwarda Shearmura, od początku filmu mówiąca nam, że mamy do czynienia z inteligentnym science fiction. 
   Wspomniałem wcześniej o Spaceyu w roli Prota. Krótko mówiąc – ten gość jest magiczny; zachowuje się, jakby chciał cię zahipnotyzować. I bardzo dobrze mu to wychodzi. Dr Powell, czyli Bridges, też próbuje Prota zahipnotyzować. I o ile w filmie mu się to udaje, to jako bohater jest już dużo mniej przekonujący. Nie chcę przez to powiedzieć, że Bridges gra źle; gra dobrze, tylko Powell sam w sobie jest, według mnie, odpychający. 


   „K-PAX” obejrzałem dwa razy. Przy pierwszym razie nie zwróciłem uwagi na pewien szczegół, w związku z czym zakończenie było dla mnie niezrozumiałe. Podczas drugiej „próby” zauważyłem to od razu i w połowie filmu miałem rozwiązanie zagadki Prota, które osobiście lekko mnie rozczarowało. Jakkolwiek, jest to obraz co najmniej interesujący, który mógłby obejrzeć każdy, choćby pod pretekstem sprawdzenia, za kim się opowie – lekarzem czy pacjentem.

poniedziałek, 21 marca 2016

Polak Polakowi Polakiem - recenzja filmu "Trzy minuty. 21.37" (2010)

   Młody psychopata (Modest Ruciński). Malarz (Bogusław Linda) i jego ciężarna kochanka (Lidia Sadowa). Bezrobotny kłusownik (Paweł Królikowski) i jego syn (Marcin Walewski). Ekscentryczny reżyser (Krzysztof Stroiński) i młoda nauczycielka (Agnieszka Grochowska). Co ich łączy? Poza tym, że 9 kwietnia 2005 roku o 21:37 byli świadkami, jak cała Polska „gaśnie” po śmierci Jana Pawła II? 



   Na fabułę „Trzech minut” składają się cztery luźno ze sobą powiązane wątki. Jak to sam Maciej Ślesicki (reżyser, scenarzysta, producent) określa, trzy z nich, każdy „zatytułowany”, opowiadane są „po bożemu”, a czwarty, „bez tytułu”, od tyłu. Ten ostatni jest taki „odizolowany” prawdopodobnie dlatego, że jego zakończenie nie wiąże się z zakończeniami pozostałych. I o ile trzy „prawidłowe” są przedstawione po kolei, to czwarty jest w nie nieregularnie wpleciony. 
   Jeszcze ciekawszy jest fakt, że każda historia ma zupełnie inny klimat. W jego budowaniu istotną rolę odgrywają muzyka Przemysława Gintrowskiego i naprawdę dobre kreacje aktorskie. Większość bohaterów gra tu przeważnie mimiką i oczami – w filmie jest mnóstwo zbliżeń na twarze. W tej kwestii na szczególne wyróżnienie zasługuje Bogusław Linda, którego bohater przez trzy czwarte swojej historii jest sparaliżowany i jedyne, czym wyraża emocje, to wewnętrzne monologi, słyszalne tylko dla widza, i właśnie oczy. Wracając do muzyki, w każdym wątku jest ona inna. W scenach, w których akurat nie ma dialogów, ścieżka dźwiękowa potrafi przywołać na myśl serial obyczajowy, kiedy indziej wzruszyć, a nawet stworzyć niemalże mistyczną atmosferę. Co do zdjęć autorstwa Andrzeja Ramlau – są one bardzo spokojne, kamera przeważnie stoi na statywie, a ujęcia „odręczne” zdarzają się sporadycznie. Ta „normalność” nie ma żadnego negatywnego wpływu na odbiór filmu, a wręcz przeciwnie – dzięki niej przyjemniej się go ogląda. 



   Ślesicki zauważył, że w obliczu śmierci kogoś, kto był powszechnie szanowany, naród polski potrafi się zsolidaryzować i zdobyć na jakże szlachetny gest. Mniejsza z tym, że zaraz przed i po nim wszystko wróci do normy i Polacy będą okazywać sobie tyle miłości, na ile tylko pozwalają zgryźliwe stereotypy. Ktoś kogoś oszuka, inny zdradzi, następny okradnie, a kolejny zabije.

czwartek, 21 stycznia 2016

Nicholson Samo Zło - recenzja filmu "Lśnienie" (1980)

  Filmów o nawiedzonych posiadłościach są dziesiątki, a nawet setki. A tak właściwie to tysiące. Czymże więc jest jednostka w takim tłumie, wielokrotnie powielana, a jednocześnie powielająca i tak już wielokrotnie powielony schemat? Cóż, jednostka na podstawie powieści Stephena Kinga i w reżyserii Stanleya Kubricka czymś jednak jest, a wręcz musi być. 
  Pierwsza ekranizacja "Lśnienia" z 1980 roku króluje w rankingach zarówno najlepszych horrorów, jak i w ogóle filmów wszech czasów. Niewątpliwie wpisała się też do historii kina dzięki użyciu pionierskiego wówczas wynalazku operatora Garreta Browna, czyli, oczywiście, steadicamu. Dzięki niej Jack Nicholson i Shelley Duvall na dobre zaistnieli w amerykańskim przemyśle filmowym, a Kubrick tylko umocnił swój wizerunek reżysera wszechstronnego. Nie obyło się bez kontrowersji i niesnasek, bowiem Królowi Horroru nie w smak były rozbieżności fabularne między literackim oryginałem a filmową jego adaptacją. 
  No właśnie, o czym to w ogóle jest? Otóż chwilowo bezrobotny pisarz Jack Torrance (Nicholson) obejmuje posadę pozasezonowego stróża w ogromnym Hotelu Overlook (pol. "Panorama") położonym wysoko w górach. Zabiera ze sobą żonę Wendy (Duvall) i syna Danny’ego (Danny Lloyd) oraz ma pomysł na sztukę i tamże planuje ją napisać. No, ale placówka oczywiście jest nawiedzona, a ponadto młody ma skłonności do gadania z duchami, więc z rodzinnych ferii zimowych kicha. 
  Główna kwestia czyniąca "Lśnienie" wyjątkowym to zdjęcia Johna Alcotta. Użycie wspomnianego wcześniej steadicamu pozwoliło na wprowadzenie nad wyraz płynnych i jednocześnie długich ujęć. Widać to zwłaszcza w scenach, w których Danny na swoim trójkołowym rowerku eksploruje korytarze hotelu. Kamera Garreta Browna wtedy wręcz płynie za nim i zatrzymuje się dopiero gdy zrobi to chłopiec. Na wyróżnienie zasługuje też scenografia, bowiem hotel, który w filmie "występuje" jako Overlook, rzeczywiście istnieje, ale większość, a może nawet wszystkie ujęcia wewnątrz zostały nakręcone w studiu. A niektóre pomieszczenia są naprawdę imponujące, jak na przykład sala, w której Jack pisze swoją sztukę. 
  Co jeszcze czyni tę historię wyjątkową? Bezdyskusyjnie – Nicholson. Jego sposób grania… ja nie wiem, on po prostu nieprzyzwoicie ekspresyjnie gra świra tracącego kontakt z rzeczywistością, czy się najnormalniej w świecie wygłupia, albo… no nie wiem, no! Torrance w jego wykonaniu jest komiczny i zarazem autentycznie przerażający z tymi swoimi głupimi minami (śmieszniejszymi niż "grymas bólu" na częściowo sparaliżowanej twarzy Stallone’a). Sceny w barze i w spiżarni, kultowe rozwalanie drzwi – od tego nie można oderwać oczu. Natomiast Shelley Duvall w roli Wendy jest… Cóż, w moim odczuciu Wendy jawi się jako postać trochę nijaka i, mówiąc ordynarnie, głupia, a Shelley bardzo dobrze wychodzi bycie tępą szczebiotką. Może tak miało być. We trójkę (razem z Lloydem) minimalistycznie, aczkolwiek wiarygodnie wcielają się w z leksza dysfunkcjonalną rodzinę z ponurą przeszłością, którą King tak skrupulatnie opisał na łamach książki, a którą scenarzyści bezlitośnie okroili do minimum. 
 Właśnie – cięcia fabularne. Moim zdaniem nie powodują one jakiegoś drastycznego zaniżenia wartości filmu. Wręcz przeciwnie, uważam, że były niezbędne, ponieważ cała powieść wystarczyłaby na miniserial (który swoją drogą sam King zrealizował w 1997 roku) lub na grę komputerową z gatunku point n’ click (takiej, niestety, nie ma).
  Hahaha. Na dokładkę 4 piosenki i teledyski nawiązujące do "Lśnienia":

- Slipknot "Spit It Out" - zawiera ujęcia, w których członkowie zespołu, przebrani za bohaterów filmu, odtwarzają krótkie scenki. No i, oczywiście, TONKPILS:

- Thirty Seconds To Mars "The Kill (Bury Me)" - jak przystało na zespół Jareda Leto, to już bardziej film krótkometrażowy niż zwyczajny teledysk. Zespół przyjeżdża do willi na odludziu, by trochę odpocząć... no i zaczynają się dziać dziwne rzeczy ;) . Zawiera masę detalicznych nawiązań do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=8yvGCAvOAfM

- Hollywood Undead "Dead Bite" - można doszukiwać się nawiązań w teledysku (dziwaczny bal maskowy), ale dużo łatwiej usłyszeć je w tekście (Nicholson w 2. zwrotce, redrum w 3.):
https://www.youtube.com/watch?v=-dma6gGhbHg 

- Słoń & Mikser (Demonologia II) "Slasher" - jeden wielki hołd dla kultowych horrorów z lat 80- i 90-tych - tekst jest zlepkiem nawiązań do nich, a "Lśnienie" zostaje wymienione akurat z tytułu. Polecam metalową przeróbkę, bo nie przepadam za polskim rapem:
 https://www.youtube.com/watch?v=QMprg3mm9a4