czwartek, 21 stycznia 2016

Nicholson Samo Zło - recenzja filmu "Lśnienie" (1980)

  Filmów o nawiedzonych posiadłościach są dziesiątki, a nawet setki. A tak właściwie to tysiące. Czymże więc jest jednostka w takim tłumie, wielokrotnie powielana, a jednocześnie powielająca i tak już wielokrotnie powielony schemat? Cóż, jednostka na podstawie powieści Stephena Kinga i w reżyserii Stanleya Kubricka czymś jednak jest, a wręcz musi być. 
  Pierwsza ekranizacja "Lśnienia" z 1980 roku króluje w rankingach zarówno najlepszych horrorów, jak i w ogóle filmów wszech czasów. Niewątpliwie wpisała się też do historii kina dzięki użyciu pionierskiego wówczas wynalazku operatora Garreta Browna, czyli, oczywiście, steadicamu. Dzięki niej Jack Nicholson i Shelley Duvall na dobre zaistnieli w amerykańskim przemyśle filmowym, a Kubrick tylko umocnił swój wizerunek reżysera wszechstronnego. Nie obyło się bez kontrowersji i niesnasek, bowiem Królowi Horroru nie w smak były rozbieżności fabularne między literackim oryginałem a filmową jego adaptacją. 
  No właśnie, o czym to w ogóle jest? Otóż chwilowo bezrobotny pisarz Jack Torrance (Nicholson) obejmuje posadę pozasezonowego stróża w ogromnym Hotelu Overlook (pol. "Panorama") położonym wysoko w górach. Zabiera ze sobą żonę Wendy (Duvall) i syna Danny’ego (Danny Lloyd) oraz ma pomysł na sztukę i tamże planuje ją napisać. No, ale placówka oczywiście jest nawiedzona, a ponadto młody ma skłonności do gadania z duchami, więc z rodzinnych ferii zimowych kicha. 
  Główna kwestia czyniąca "Lśnienie" wyjątkowym to zdjęcia Johna Alcotta. Użycie wspomnianego wcześniej steadicamu pozwoliło na wprowadzenie nad wyraz płynnych i jednocześnie długich ujęć. Widać to zwłaszcza w scenach, w których Danny na swoim trójkołowym rowerku eksploruje korytarze hotelu. Kamera Garreta Browna wtedy wręcz płynie za nim i zatrzymuje się dopiero gdy zrobi to chłopiec. Na wyróżnienie zasługuje też scenografia, bowiem hotel, który w filmie "występuje" jako Overlook, rzeczywiście istnieje, ale większość, a może nawet wszystkie ujęcia wewnątrz zostały nakręcone w studiu. A niektóre pomieszczenia są naprawdę imponujące, jak na przykład sala, w której Jack pisze swoją sztukę. 
  Co jeszcze czyni tę historię wyjątkową? Bezdyskusyjnie – Nicholson. Jego sposób grania… ja nie wiem, on po prostu nieprzyzwoicie ekspresyjnie gra świra tracącego kontakt z rzeczywistością, czy się najnormalniej w świecie wygłupia, albo… no nie wiem, no! Torrance w jego wykonaniu jest komiczny i zarazem autentycznie przerażający z tymi swoimi głupimi minami (śmieszniejszymi niż "grymas bólu" na częściowo sparaliżowanej twarzy Stallone’a). Sceny w barze i w spiżarni, kultowe rozwalanie drzwi – od tego nie można oderwać oczu. Natomiast Shelley Duvall w roli Wendy jest… Cóż, w moim odczuciu Wendy jawi się jako postać trochę nijaka i, mówiąc ordynarnie, głupia, a Shelley bardzo dobrze wychodzi bycie tępą szczebiotką. Może tak miało być. We trójkę (razem z Lloydem) minimalistycznie, aczkolwiek wiarygodnie wcielają się w z leksza dysfunkcjonalną rodzinę z ponurą przeszłością, którą King tak skrupulatnie opisał na łamach książki, a którą scenarzyści bezlitośnie okroili do minimum. 
 Właśnie – cięcia fabularne. Moim zdaniem nie powodują one jakiegoś drastycznego zaniżenia wartości filmu. Wręcz przeciwnie, uważam, że były niezbędne, ponieważ cała powieść wystarczyłaby na miniserial (który swoją drogą sam King zrealizował w 1997 roku) lub na grę komputerową z gatunku point n’ click (takiej, niestety, nie ma).
  Hahaha. Na dokładkę 4 piosenki i teledyski nawiązujące do "Lśnienia":

- Slipknot "Spit It Out" - zawiera ujęcia, w których członkowie zespołu, przebrani za bohaterów filmu, odtwarzają krótkie scenki. No i, oczywiście, TONKPILS:

- Thirty Seconds To Mars "The Kill (Bury Me)" - jak przystało na zespół Jareda Leto, to już bardziej film krótkometrażowy niż zwyczajny teledysk. Zespół przyjeżdża do willi na odludziu, by trochę odpocząć... no i zaczynają się dziać dziwne rzeczy ;) . Zawiera masę detalicznych nawiązań do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=8yvGCAvOAfM

- Hollywood Undead "Dead Bite" - można doszukiwać się nawiązań w teledysku (dziwaczny bal maskowy), ale dużo łatwiej usłyszeć je w tekście (Nicholson w 2. zwrotce, redrum w 3.):
https://www.youtube.com/watch?v=-dma6gGhbHg 

- Słoń & Mikser (Demonologia II) "Slasher" - jeden wielki hołd dla kultowych horrorów z lat 80- i 90-tych - tekst jest zlepkiem nawiązań do nich, a "Lśnienie" zostaje wymienione akurat z tytułu. Polecam metalową przeróbkę, bo nie przepadam za polskim rapem:
 https://www.youtube.com/watch?v=QMprg3mm9a4

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz