Na Dworcu Centralnym w Nowym Jorku
pojawia się mężczyzna (Kevin Spacey) i twierdzi, że pochodzi z
innej planety. Trafia więc do instytutu psychiatrii na Manhattanie
pod opiekę doktora Marka Powella (Jeff Bridges), który stara się
odkryć jego prawdziwą tożsamość i genezę urojeń.
Bycie psychiatrą to podła robota.
Nawet jeśli pacjent opowiada najwymyślniejsze bzdury, trzeba go
cierpliwie wysłuchać i przyznać mu rację, bo może się obrazić
i zamknąć w sobie. Należy też uważać, żeby się z nim nie
„zaprzyjaźnić”. Zadaniem lekarza psychiatry jest bowiem
uświadomienie pacjentowi, że nie ma racji, a nie bycie kompanem w
świecie obłędu.
Podobną taktykę można zastosować
oglądając „K-PAX” Iaina Softleya na podstawie powieści pod tym
samym tytułem. Od tego, czyją perspektywę przyjmiemy – lekarza
czy pacjenta – będzie zależeć odbiór zakończenia filmu. Może
ono być rozczarowujące, zaskakujące lub poruszające, ale też na
przykład oczywiste – w zależności od tego, po czyjej „stronie”
jesteśmy – Prota (tak bowiem przedstawia się „kosmita”) czy
dr-a Powella. Sęk w tym, że scenarzysta Charles Leavitt i pisarz
Gene Brewer bardzo skutecznie utrudniają nam to zadanie. Dowody,
które zbiera doktor, są po prostu wiarygodne i układają się w
logiczną całość. Za to Prot w wykonaniu Spaceya jest tak
przekonująco spokojny i elokwentny, że... no, łatwo się pogubić.
Ponadto, film wymaga od widza skupienia, bowiem przegapienie kilku na
pozór błahych zdań może sprawić, że wysiłki Leavitta i Brewera
pójdą na marne.
Od strony technicznej film Softleya nie jest niczym nadzwyczajnym. Zdjęcia Johna Mathiesona są po prostu dostosowane do tempa akcji i nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć. W zasadzie jedyna rzecz, którą pozytywnie zapamiętałem, to muzyka Edwarda Shearmura, od początku filmu mówiąca nam, że mamy do czynienia z inteligentnym science fiction.
Wspomniałem wcześniej o Spaceyu w
roli Prota. Krótko mówiąc – ten gość jest magiczny; zachowuje
się, jakby chciał cię zahipnotyzować. I bardzo dobrze mu to
wychodzi. Dr Powell, czyli Bridges, też próbuje Prota
zahipnotyzować. I o ile w filmie mu się to udaje, to jako bohater
jest już dużo mniej przekonujący. Nie chcę przez to powiedzieć,
że Bridges gra źle; gra dobrze, tylko Powell sam w sobie jest,
według mnie, odpychający.
„K-PAX” obejrzałem dwa razy. Przy
pierwszym razie nie zwróciłem uwagi na pewien szczegół, w związku
z czym zakończenie było dla mnie niezrozumiałe. Podczas drugiej
„próby” zauważyłem to od razu i w połowie filmu miałem
rozwiązanie zagadki Prota, które osobiście lekko mnie
rozczarowało. Jakkolwiek, jest to obraz co najmniej interesujący,
który mógłby obejrzeć każdy, choćby pod pretekstem sprawdzenia,
za kim się opowie – lekarzem czy pacjentem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz