Festiwal filmowy – to brzmi dumnie.
Ale nie trzeba od razu organizować wielkiej filmowej orgii jak np. w
Cannes. Można przez tydzień pokazywać przeróżne filmy w dwóch
małych kinach w mieście, które większość Polaków kojarzy z
księdzem jeżdżącym po rynku na rowerze. Dostałem się tam na
warsztaty dzięki konkursowi Dwa Srebrne Ekrany, ja i kilkunastu
innych szczęśliwców z całej Polski, którzy brali udział w
dyskusjach na Facebooku, opisali filmowe oblicze swojej miejscowości
lub przeprowadzili wywiad z osobą związaną z filmem.
Dzień po przyjeździe posadzono nas
przy stole i oznajmiono, że zaraz przedstawią nam się trzej
twórcy, a my mamy zdecydować, na zajęcia u którego mamy się
zapisać. A byli to kolejno:
- Marcin Bortkiewicz,
- Robert Turło,
- Maciej Cuske.
Następnie pan Bortkiewicz oznajmił
nam, że nakręcimy kilkuminutową etiudę o samotności w
Sandomierzu. Polegało to na tym, że ciągaliśmy za sobą Yanna po
całym rynku i wskazywaliśmy mu rzeczy, które, naszym zdaniem,
pasowały do tematu – siedzący na uboczu mężczyzna w średnim
wieku, milcząca para staruszków itp. Potem odbył się przegląd i
selekcja materiału oraz montaż. Film został pokazany na gali
kończącej festiwal, spotkał się z ciepłym przyjęciem
publiczności.
Pozostałe dwie grupy połączyły
siły i stworzyły formę łączącą wywiad z animacją. Andrzej
Seweryn, Robert Więckiewicz i Marian Dziędziel kolejno stali się
kieliszkiem wina, zgniecioną puszką po coli i pokaźnym kuflem
piwa. Film w ostatniej chwili dotarł na galę i również spodobał
się publiczności.
Jeśli w danej chwili nie jedliśmy,
nie spaliśmy lub nie mieliśmy zajęć, to byliśmy w kinie lub w
inny sposób mieliśmy kontakt z kulturą. Wieczór poezji, spotkania
z twórcami filmowymi (Marian Dziędziel kradnie każdy show) i
koncerty (z okazjonalnym striptizem), a przede wszystkim przeróżne
seanse filmowe. Od przedpremierowego pokazu #WszystkoGra,
przez Excentryków i
Carol, aż po Wymyk
i Różę. Do wyboru,
do koloru.
Zdjęcia: Katarzyna Czubińska
Zdjęcia: Katarzyna Czubińska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz