Jakby się tak zastanowić, to
nawiedzone domy zazwyczaj znajdują się na kompletnym odludziu, w
środku lasu etc. Może Zło nie lubi mieć świadków. A może ma to
dać nam poczucie bezpieczeństwa, bo przeważnie mieszkamy w blokach
czy na osiedlach. Pierwsza część „Obecności” zdawała się
potwierdzać tę teorię, ale druga... No cóż, londyńskie osiedle
to nie byle wygwizdów. W latach 70-tych mieszkała tam Peggy Hodgson
(Frances O'Connor), samotna matka z czwórką dzieci w wieku
szkolnym. 11-letnia Janet (Madison Wolfe) zaczyna lunatykować (?) i
mieć niepokojące zwidy (?) typu „coś siedzi w ciemności”.
Reszta rodziny szybko przekonuje się, że dziewczynka bynajmniej
żartów sobie nie robi. Kościół przysyła na miejsce znanych z
pierwszej części badaczy tego typu zjawisk, prosto z Amityville –
Lorraine (Vera Farmiga) i Eda (Patrick Wilson) Warrenów. I się
zaczyna...
(źródło: joblo.com)
Obie
„Obecności” obejrzałem na raz, pod rząd. „Jedynką” byłem
nieprzyzwoicie zachwycony. Przez początkowe kilka minut seansu
„dwójki” miałem wrażenie, że co jak co, ale straszne to to
nie jest. I wtedy BUM! - pojawiło się Zło i włosy mi dęba
stanęły. Coś tak prostego, a zarazem niepokojącego i (jak to
ujmuje w pewnym momencie Lorraine) bluźnierczego, długo mnie będzie
prześladować. A pomyśleć, że wymyślili to podczas dokrętek,
trzy miesiące przed premierą.
Wan nie bawi się w łamanie konwencji, i właśnie to wyszło filmowi na dobre. Straszydła nie przejmują się subtelnym budowaniem napięcia, atakują nagle i bez zahamowań. W pierwszej części straszenie było równomiernie rozłożone w scenariuszu, od „najłagodniejszych” momentów do „wielkiej walki” na koniec; w drugiej – ataki są nieregularne, a na dodatek na podobnym poziomie „mocy”. Stałe poczucie zagrożenia generują tu zdjęcia Dona Burgessa – w niemalże każdym kadrze każdej z nocnych scen jest jakieś absolutnie ciemne miejsce, najczęściej kąt pokoju, który to upodobało sobie jako kryjówkę Zło. I jeszcze ta muzyka Josepha Bishary – buczenie, dudnienie, złowieszcze smyczki... pierwsza klasa. Wrażenie zrobiła na mnie także czołówka – przepiękna, w starym stylu, z tytułem zjeżdżającym co prawda z góry (dawniej były z dołu), napisanym wielką żółtą czcionką. Zatęskniłem za „Lśnieniem”, albo oryginalną „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”.
(źródło: npr.org)
Z pierwszej części ostali się
jedynie Farmiga i Wilson. Ona bardzo sprawnie wciela się w osobę
empatyczną i szczerze przejętą cudzym nieszczęściem; on... No
cóż, jego postura i mimika sprawiają, że momentami wypada trochę groteskowo. Ma po prostu nieprzyzwoicie prawilną gębę,
pasującą bardziej do prezydenta (którego, nomen omen, zagrał w
niedawnym „Batman v Superman”) niż gościa pokroju egzorcysty. W
ogóle, w napisach końcowych możemy porównać sobie autentyczne
postaci z grającymi ich aktorami. I, oczywiście, współcześni są
o niebo piękniejsi. Jeszcze a propos Wilsona – dzięki scenie, w
której gra na gitarze i śpiewa „Can't Help Falling In Love”
Elvisa Presleya (to chyba zamierzenie najzabawniejsza scena w całym
filmie), można zdać sobie sprawę, że jest do niego w pewnym
stopniu podobny. Ciekawym, czy grał i śpiewał naprawdę... Na plus
zaskakują dzieciaki – w ich grze nie ma żadnej przesady czy
nienaturalności. Za kilka lat zobaczą, w czym przyszło im zagrać,
i szczęki im opadną. „Lajk” dla scenarzystów za scenę w
szkole – perełka. Niby nic, a cieszy (że u nas wcale nie jest tak
źle).
Podsumowując, jeśli ktoś lubi mieć ciary na plecach – nie zawiedzie się. Jeśli ktoś zatęsknił za horrorami z lat 80-tych, może uroni tu łezkę (i przy okazji się konkretnie wystraszy parę razy). Pozostaje czekać na kolejny spin-off (roboczo zatytułowany „The Nun”) i pełnoprawną trzecią część (reżyserowi bardzo spodobała się sugestia z wilkołakiem). I niech Król Horroru XXI Wieku James Wan trzyma pieczę nad jednym ze swych najważniejszych dzieł! Bo obecnie pracuje nad adaptacją komiksu o Aquamanie (no błagam...).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz