piątek, 1 lipca 2016

London calling - recenzja filmu "Obecność 2" (2016)

  Jakby się tak zastanowić, to nawiedzone domy zazwyczaj znajdują się na kompletnym odludziu, w środku lasu etc. Może Zło nie lubi mieć świadków. A może ma to dać nam poczucie bezpieczeństwa, bo przeważnie mieszkamy w blokach czy na osiedlach. Pierwsza część „Obecności” zdawała się potwierdzać tę teorię, ale druga... No cóż, londyńskie osiedle to nie byle wygwizdów. W latach 70-tych mieszkała tam Peggy Hodgson (Frances O'Connor), samotna matka z czwórką dzieci w wieku szkolnym. 11-letnia Janet (Madison Wolfe) zaczyna lunatykować (?) i mieć niepokojące zwidy (?) typu „coś siedzi w ciemności”. Reszta rodziny szybko przekonuje się, że dziewczynka bynajmniej żartów sobie nie robi. Kościół przysyła na miejsce znanych z pierwszej części badaczy tego typu zjawisk, prosto z Amityville – Lorraine (Vera Farmiga) i Eda (Patrick Wilson) Warrenów. I się zaczyna...

(źródło: joblo.com)

  Obie „Obecności” obejrzałem na raz, pod rząd. „Jedynką” byłem nieprzyzwoicie zachwycony. Przez początkowe kilka minut seansu „dwójki” miałem wrażenie, że co jak co, ale straszne to to nie jest. I wtedy BUM! - pojawiło się Zło i włosy mi dęba stanęły. Coś tak prostego, a zarazem niepokojącego i (jak to ujmuje w pewnym momencie Lorraine) bluźnierczego, długo mnie będzie prześladować. A pomyśleć, że wymyślili to podczas dokrętek, trzy miesiące przed premierą. 

  Wan nie bawi się w łamanie konwencji, i właśnie to wyszło filmowi na dobre. Straszydła nie przejmują się subtelnym budowaniem napięcia, atakują nagle i bez zahamowań. W pierwszej części straszenie było równomiernie rozłożone w scenariuszu, od „najłagodniejszych” momentów do „wielkiej walki” na koniec; w drugiej – ataki są nieregularne, a na dodatek na podobnym poziomie „mocy”. Stałe poczucie zagrożenia generują tu zdjęcia Dona Burgessa – w niemalże każdym kadrze każdej z nocnych scen jest jakieś absolutnie ciemne miejsce, najczęściej kąt pokoju, który to upodobało sobie jako kryjówkę Zło. I jeszcze ta muzyka Josepha Bishary – buczenie, dudnienie, złowieszcze smyczki... pierwsza klasa. Wrażenie zrobiła na mnie także czołówka – przepiękna, w starym stylu, z tytułem zjeżdżającym co prawda z góry (dawniej były z dołu), napisanym wielką żółtą czcionką. Zatęskniłem za „Lśnieniem”, albo oryginalną „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”.

(źródło: npr.org)

  Z pierwszej części ostali się jedynie Farmiga i Wilson. Ona bardzo sprawnie wciela się w osobę empatyczną i szczerze przejętą cudzym nieszczęściem; on... No cóż, jego postura i mimika sprawiają, że momentami wypada trochę groteskowo. Ma po prostu nieprzyzwoicie prawilną gębę, pasującą bardziej do prezydenta (którego, nomen omen, zagrał w niedawnym „Batman v Superman”) niż gościa pokroju egzorcysty. W ogóle, w napisach końcowych możemy porównać sobie autentyczne postaci z grającymi ich aktorami. I, oczywiście, współcześni są o niebo piękniejsi. Jeszcze a propos Wilsona – dzięki scenie, w której gra na gitarze i śpiewa „Can't Help Falling In Love” Elvisa Presleya (to chyba zamierzenie najzabawniejsza scena w całym filmie), można zdać sobie sprawę, że jest do niego w pewnym stopniu podobny. Ciekawym, czy grał i śpiewał naprawdę... Na plus zaskakują dzieciaki – w ich grze nie ma żadnej przesady czy nienaturalności. Za kilka lat zobaczą, w czym przyszło im zagrać, i szczęki im opadną. „Lajk” dla scenarzystów za scenę w szkole – perełka. Niby nic, a cieszy (że u nas wcale nie jest tak źle). 

  Podsumowując, jeśli ktoś lubi mieć ciary na plecach – nie zawiedzie się. Jeśli ktoś zatęsknił za horrorami z lat 80-tych, może uroni tu łezkę (i przy okazji się konkretnie wystraszy parę razy). Pozostaje czekać na kolejny spin-off (roboczo zatytułowany „The Nun”) i pełnoprawną trzecią część (reżyserowi bardzo spodobała się sugestia z wilkołakiem). I niech Król Horroru XXI Wieku James Wan trzyma pieczę nad jednym ze swych najważniejszych dzieł! Bo obecnie pracuje nad adaptacją komiksu o Aquamanie (no błagam...).

(źródło: theguardian.com)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz