- mężczyznę (Wojciech Mecwaldowski, na pierwszym zdjęciu),
- jego żonę (Paulina Chapko),
- reżysera Richarda (Richard Dormer),
- sprzedawcę hot dogów (Andrzej Chyra),
- jego syna, kuriera (Dawid Ogrodnik, na drugim zdjęciu),
- gościa naprawiającego okna (?) (Piotr Głowacki, który wystąpił chyba w 90% polskich filmów z ostatnich 2 lat),
- malarza-emeryta (Jan Nowicki),
- niezrównoważonego psychicznie (?) nastolatka (Łukasz Sikora).
Coś ich łączy (to i tak
nie wszyscy, ale reszta się nie liczy)? Mają coś na sumieniu? Może
kiedyś coś przeskrobali? Niektórzy tak, a niektórzy nie, to bez
znaczenia. W tym filmie NIE ma czegoś powszechnie zwanego
fabułą, a przynajmniej ja nie zauważyłem. Po prostu wszyscy wyżej
wymienieni znajdą się naraz w nieodpowiednim miejscu i w
niewłaściwym momencie, w związku z czym spotka ich coś, czego
wymyślić nie powstydziliby się wszyscy scenarzyści serii „Oszukać
przeznaczenie” razem wzięci. Jeszcze bardziej od braku jako takiej
historii w tym filmie zaskakuje zakończenie, dla mnie podkreślające,
za przeproszeniem, absurdalność zarówno wizji Skolimowskiego, jak
i ogólnie życia oraz jego końca. Więc czy przesłaniem „11
minut” jest memento mori? Zapytany o to przez Pawła T. Felisa
Jerzy Skolimowski stwierdził, że „raczej carpe diem” (wywiad w
Gazecie Wyborczej, 23 października 2015).
Od strony technicznej „11
minut” prezentuje się wyśmienicie. Operator Mikołaj Łebkowski
podszedł do swojego zadania z finezją w najlepszym tego słowa
znaczeniu – zdjęcia zaskakują zróżnicowaniem oraz
oryginalnością (FDP – First Dog Perspective) i, co najważniejsze,
nie męczą ani nie irytują. Jedno, jedyne zastrzeżenie –
Warszawa została tu tak sfilmowana, iż mam wrażenie, że cała
akcja dzieje się w promieniu kilkuset metrów od Pałacu Kultury (za
wyjątkiem sceny z ratownikami w kamienicy i malarzem nad Wisłą).
Całokształtu wizualnego dopełnia montaż Agnieszki Glińskiej
(Złoty Lew na tegorocznym festiwalu w Gdyni, także za film
„Intruz”). Niektóre sceny są dłuuugie i płynne, a inne
nerwowo poszarpane. Muzyka skomponowana przez Pawła Mykietyna
(kolejny Złoty Lew) momentami wierci dziury w uszach, ale doskonale
pasuje do danej sceny. Taki film, co tu dużo gadać.
Podsumowując, „11 minut”
(które tak naprawdę trwa ok. 80 minut) pozostawiło we mnie
niedosyt i... niesmak? Spodziewałem się jakiegoś porządnego
thrillera z wyraźnym zawiązaniem akcji, perypetiami, punktem
kulminacyjnym i rozwiązaniem akcji, a tu... wymyśl sobie sam, co to
wszystko ma znaczyć. Kim tak naprawdę jest sprzedawca hot
dogów? Dlaczego kurier słyszy dziwne głosy? Dlaczego samolot tak
nisko lata nad miastem? Jakby tego było mało, to niby trwa 11 minut
(11 + samolot = wrzesień = buuum) i dzieje się w Warszawie o godzinie
17 (1 sierpnia 1944 r., pamiętamy). O co tu w ogóle chodzi!? Nie,
ja dziękuję, wystarczy.










