niedziela, 1 listopada 2015

Jak skutecznie zepsuć świetny klimat - recenzja filmu "Marsjanin" (2015)

  Burza piaskowa zmusza grupę astronautów na Marsie do ewakuowania się na stację na orbicie. W trakcie ewakuacji Mark Watney (Matt Damon) znika z pola widzenia towarzyszy po tym, jak został uderzony przez talerz satelitarny, który dzięki wiatrowi zaczął żyć własnym życiem. Spontaniczne poszukiwania nie przynoszą rezultatów, Mark zostaje więc uznany za zmarłego. Kilka dni później „trup” budzi się przysypany kupą piachu i z metalowym prętem w brzuchu. Na Marsie. Sam. Zupełnie sam.

  Tak zaczyna się najnowszy film Ridleya Scotta, reżysera, który o kosmosie co nieco wie (patrz: „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo” i „Prometeusz”). Przytoczony powyżej wstęp do prawie dwu-i-półgodzinnej historii brzmi obiecująco, nieprawdaż? Gdy Mark odzyskuje przytomność i zaczyna się zastanawiać, co by tu ze sobą zrobić, wytwarza się niepowtarzalny klimat. Bohater oblicza, że zapasów wystarczy mu na raptem 2 miesiące, a wody ma tyle, co nic – wtedy naprawdę czuć tę „niepewność” w kwestii przetrwania. Ale od czego są szkolenia i tytuł botanika – Mark zaczyna więc produkować wodę (przy okazji mało co nie wysadzając swojego domku w powietrze) i (cytuję) „uprawiać ziemniaki na własnym gównie”. Robi się coraz ciekawiej, dopóki ci siedzący za biurkiem w NASA nie zorientują się, że ich „trup” (zdążyli mu już wyprawić wystawny pogrzeb) żyje. Mark bowiem stale próbuje nawiązać kontakt z dowództwem, co w końcu mu się udaje za pomocą zakurzonego Pathfindera. Rozpoczynają się przygotowania do akcji ratunkowej, w związku z czym film zaczyna epatować nieznośnym patosem. Wszytko robi się hollywódzkie, wspaniałe, podniosłe i klimat budowany przez pierwszą godzinę znika bezpowrotnie.
 Technicznie „Marsjanin” to majstersztyk – o efektach specjalnych złego słowa nie można powiedzieć, marsowe plenery (kręcone chyba w Jordanii i poprawione komputerowo) zapierają dech w piersiach, a zdjęcia Dariusza Wolskiego zaskakują finezją i zróżnicowaniem. Mamy zbliżenia kręcone „od ręki”, ww. panoramy oraz – uwaga – vlogi Marka, będące również istotnym elementem fabuły. Watney dokumentuje swoją walkę o przetrwanie, opowiadając o tym, ile dni już minęło, co mu się dziś udało, a co nie, albo, mówiąc kolokwialnie, gada o pierdołach – np. narzeka na to, co pozostawili po sobie jego towarzysze (kolekcja disco Jessici Chastain, litości). I tak lepsze to aniżeliby miałby robić sobie selfie na tle Pathfindera czy swojej hodowli ziemniaków i wysyłać je na Ziemię opatrzone stosownymi hasztagami (#pathfinder #potatoes #alone #ihatedisco).

 Na ekranie ewidentnie panuje Damon – to jego film, nie ma co owijać w bawełnę. To jego twarz oglądamy przez ponad półtorej godziny (reszta to rozmowy na Ziemi), ponadto często zwraca się on bezpośrednio do nas (vlogi). Mark cierpi na huśtawkę nastrojów – to boi się, bo nie wie czy dożyje jutra, to znów bawi się w „pana na włościach” (#potatoes), tryska nadzieją i optymizmem, gdy znajduje Pathfindera, a chwilę później jest załamany, ponieważ... #potatoes #dead.
 Szczerze mówiąc, nie będę zaskoczony, gdy Matt Damon dostanie nominację do Oscara. Liczę też na nominacje za scenografię i może jeszcze scenariusz adaptowany (na podstawie powieści Andy'ego Weira pod tym samym tytułem) oraz reżyserię. Bardzo miło by było, gdyby Dariusz Wolski też został wyróżniony - jeśli nie za „Marsjanina”, to za „The Walk” Roberta Zemeckisa, którego nie oglądałem, ale scena przejścia na linie rozpiętej między wieżami WTC musi być nie lada wyzwaniem dla operatora.
 Na koniec "zabawny" komiks, który ukazał się mym oczom po wyszukaniu w Grafice Google frazy "the martian":

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz