wtorek, 3 listopada 2015

Naprawianie świata, "level hard" - recenzja filmu "Rampage: Capital Punishment" (2014)

 W 2009 roku Uwe Boll nakręcił "Rampage". Film nie spotkał się z przesadnie ciepłym przyjęciem i raczej nie odniósł też większego sukcesu komercyjnego. Nie zmienia to faktu, że jest to najwyżej oceniana produkcja Bolla, a przeciętna opinia brzmi: "cóż, może to nie jest świetne, ale nie jest też jakoś bardzo złe". Głównym bohaterem filmu jest Bill Williamson (Brendan Fletcher), młody mężczyzna, który, sfrustrowany otaczającą go rzeczywistością, zakłada kewlarową "zbroję", chwyta za broń, wychodzi na ulicę i zaczyna strzelać do przechodniów. Chce zwrócić na siebie uwagę, by móc później, według jego "widzimisię", naprawiać przeżarty korupcją świat. 
 Pięć lat później powstaje sequel opatrzony podtytułem "Capital Punishment". Bill jest już internetowym celebrytą, ma tysiące fanów na Facebooku i followerów na Twitterze, którzy podzielają jego idee. Aby dotrzeć do jeszcze większej liczby odbiorców, wkracza uzbrojony po zęby do siedziby stacji telewizyjnej WK7 i bierze kilkunastu zakładników, żądając wyemitowania swojego nagrania oraz wywiadu. Na żywo. 
 Nie będę tu szczegółowo opisywał światopoglądu Billa, bo poniekąd zdradziłbym zakończenie zarówno pierwszej, jak i drugiej części "Rampage". Najważniejszy jest fakt, że ten film to swego rodzaju wymarzona "autobiografia" Bolla, bowiem poglądy Billa są tak naprawdę jego poglądami, które wygłasza w swoich vlogach na YouTube. A jeśli ktoś nie oglądał jego vlogów lub nie rozumie angielskiego z germańskim akcentem, powinien poważnie potraktować jego autoironiczny epizod w roli producenta telewizyjnego w "Capital Punishment". Boll jest oczywiście reżyserem, scenarzystą i producentem obu filmów oraz przymierza się do trzeciej części o podtytule "No Mercy" (ale z tą "trójką" to ciężka sprawa… - patrz: filmik w najstarszym poście). Bill strzela do ludzi na ulicy, a Boll robi filmy. Może to i dobrze. 
 Kolejnym czynnikiem podkreślającym wiarygodność "Rampage" jest aktorstwo, a dokładniej wcielający się w Billa Brendan Fletcher. Nie, on się w niego nie wciela, on po prostu nim jest. To niewątpliwie najważniejsza rola w jego dorobku. To, jak bardzo się z nim utożsamił, podkreśla fakt, że Fletcher jest współautorem scenariusza do "Capital Punishment". Nie ma to jak wymyślić sobie, w jaki sposób będzie się znęcało nad przerażonymi zakładnikami, prawda? 
 Bezdyskusyjnie to Fletcher króluje na ekranie, ale obok niego szwenda się Lochlyn Munro, czyli Chip, prezenter telewizyjny, jeden z zakładników, którego Bill obciąża obowiązkiem wyemitowania nagrania oraz zorganizowania i przeprowadzenia ww. wywiadu. I, pomimo tego, że ewidentnie nie jest antagonistą, Chip jest cholernie irytujący. Nie jest sztuczny, ale… Munro jest wręcz idealny do ról praworządnych obywateli United States of America. On jest po prostu taki skromny, taki kulturalny, że aż odrzucający. 
 Tempo akcji może być trudne do przyjęcia zarówno dla przeciętnego, jak i dla widza znającego pierwszą część. Bill pogania zakładników, Chip dyplomatycznie wszystkich uspokaja, Bill opowiada zakładnikom, w jakim to zakłamanym świecie żyją, a kamera Mathiasa Neumanna biega jak oszalała dookoła nich. W Internecie pojawiają się kąśliwe komentarze jakoby operator miał Parkinsona, ale, naprawdę, to, co kamera wyczynia, to… 
 Pod pewnym kątem "Capital Punishment" jest lepsze od swojego poprzednika. W pierwszym "Rampage" przez większość filmu obserwowaliśmy, jak Bill urządza krwawą łaźnię w swoim rodzinnym miasteczku Tenderville (zdjęcia kręcono w Vancouver). W drugiej części Boll i Fletcher położyli większy nacisk na jego psychikę i motywy, które ujawniają się w jego nagraniu i monologach wygłaszanych do skulonych pod ścianą zakładników. Strzelania jest naprawdę mało (ale za to efektownie). 
 Jeśli nie lubisz Bolla za jego ekranizacje gier komputerowych – okej, masz prawo. Jeśli nieodwołalnie wydałeś wyrok na jego filmy – okej, bocz się dalej. Ale jeśli masz w sobie choć krztę empatii, daj "Capital Punishment" szansę, bo może Bill Wiliamson… to znaczy Brendan Fletcher… a tak naprawdę to Uwe Boll może mieć rację?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz