Cztery
dziewczyny odłączyły
się od swojej grupy i
poszły oglądać
skały. Wróciła
jedna, potem opiekunka poszła
szukać pozostałej
trójki. Mija kilka godzin, na policję
zostaje zgłoszone
zaginięcie trzech młodych
dziewcząt i kobiety w
średnim wieku.
Rozpoczynają się
poszukiwania, w które angażują
się mieszkańcy
pobliskiego miasteczka.
W
sumie to tyle, ile można
zdradzić z fabuły
kultowego dzieła Petera
Weira. A może tylko tyle
się da, bo... nic więcej
nie wiadomo? "Piknik
pod Wiszącą
Skałą”
pełen jest
niedopowiedzeń, pozornie
nieistotnych wątków,
które nijak nie pomagają
w odkryciu prawdy. Koniec końców
tajemnica i tak nie zostaje wyjaśniona,
przez co może powstać
wrażenie, że
cała historia nie ma
sensu... A może tak miało
być? Może
twórcy uznali, że
wystarczy widza zainteresować
treścią,
zachwycić formą
(BAFTA i Saturn dla Russella Boyda za zdjęcia),
a resztę zostawić
jego wyobraźni? Możliwych
wyjaśnień
jest mnóstwo, mniej lub bardziej sensownych, a wszystkie nadają
się na potencjalne
zakończenie.
Krytyczne
oko na pewno doceni wcześniej
wspomniane zdjęcia.
Statyczne ujęcia ukazują
malownicze krajobrazy australijskich stepów, a ze szczególnym
upodobaniem obraz tytułowej
Wiszącej Skały,
praktycznie cały czas ten
sam. Natomiast sceny z udziałem
ludzi, a zwłaszcza
piknik, są filmowane pod
dość nietypowymi kątami.
Nie wydaje mi się, aby to
kogoś rozpraszało
– wręcz przeciwnie,
uważam, że
nadają one poszczególnym
momentom „magiczny”
klimat.
Skoro
już
o klimacie i czynnikach przyczyniających
się
do jego „zagęszczenia”
mowa, to nie można
zapomnieć
o ścieżce
dźwiękowej.
Psychodeliczno-ambientowe kompozycje Bruce'a Smeatona doskonale
współgrają
z melodiami wygrywanymi na fletni pana przez Gheorghe'a Zamfira.
Aktorstwo
jest tu kwestią
dyskusyjną.
Rzecz dzieje się
w środowisku
arcy-konserwatywnego pensjonatu dla dziewcząt.
I w tym tkwi sęk
– moim zdaniem, dziewczyny w rozmowach ze sobą
zachowują
się
nienaturalnie, mówią,
jakby grały
w sztuce Szekspira. Natomiast przy przełożonej
i opiekunkach znowu wyśpiewują
bezbłędnie
drewniane formułki,
tyle że
robią
to bez cienia uczucia. Nie wiem, czy to sprawa gry aktorskiej, czy
też
w tego typu placówkach taki oficjalny język
obowiązuje.
W drugim akapicie pojawia się dużo pytań, ale nie ma tam dla mnie najważniejszego – czy rzeczony film jest na faktach? Jeśli nie, to scenarzyście Cliffowi Greenowi i pisarce Joan Lindsay należą się szczere wyrazy uznania za wymyślenie tak wciągającej, a zarazem tak dziwnej i niepokojącej historii. Ale jeśli tak, to... mamy chyba do czynienia z „australijską Przełęczą Diatłowa”.
W drugim akapicie pojawia się dużo pytań, ale nie ma tam dla mnie najważniejszego – czy rzeczony film jest na faktach? Jeśli nie, to scenarzyście Cliffowi Greenowi i pisarce Joan Lindsay należą się szczere wyrazy uznania za wymyślenie tak wciągającej, a zarazem tak dziwnej i niepokojącej historii. Ale jeśli tak, to... mamy chyba do czynienia z „australijską Przełęczą Diatłowa”.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz