wtorek, 20 października 2015

Australijska Przełęcz Diatłowa? - recenzja filmu "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975)

  Cztery dziewczyny odłączyły się od swojej grupy i poszły oglądać skały. Wróciła jedna, potem opiekunka poszła szukać pozostałej trójki. Mija kilka godzin, na policję zostaje zgłoszone zaginięcie trzech młodych dziewcząt i kobiety w średnim wieku. Rozpoczynają się poszukiwania, w które angażują się mieszkańcy pobliskiego miasteczka.
  W sumie to tyle, ile można zdradzić z fabuły kultowego dzieła Petera Weira. A może tylko tyle się da, bo... nic więcej nie wiadomo? "Piknik pod Wiszącą Skałą pełen jest niedopowiedzeń, pozornie nieistotnych wątków, które nijak nie pomagają w odkryciu prawdy. Koniec końców tajemnica i tak nie zostaje wyjaśniona, przez co może powstać wrażenie, że cała historia nie ma sensu... A może tak miało być? Może twórcy uznali, że wystarczy widza zainteresować treścią, zachwycić formą (BAFTA i Saturn dla Russella Boyda za zdjęcia), a resztę zostawić jego wyobraźni? Możliwych wyjaśnień jest mnóstwo, mniej lub bardziej sensownych, a wszystkie nadają się na potencjalne zakończenie.

  Krytyczne oko na pewno doceni wcześniej wspomniane zdjęcia. Statyczne ujęcia ukazują malownicze krajobrazy australijskich stepów, a ze szczególnym upodobaniem obraz tytułowej Wiszącej Skały, praktycznie cały czas ten sam. Natomiast sceny z udziałem ludzi, a zwłaszcza piknik, są filmowane pod dość nietypowymi kątami. Nie wydaje mi się, aby to kogoś rozpraszało – wręcz przeciwnie, uważam, że nadają one poszczególnym momentom „magiczny” klimat.

  Skoro już o klimacie i czynnikach przyczyniających się do jego „zagęszczenia” mowa, to nie można zapomnieć o ścieżce dźwiękowej. Psychodeliczno-ambientowe kompozycje Bruce'a Smeatona doskonale współgrają z melodiami wygrywanymi na fletni pana przez Gheorghe'a Zamfira.

  Aktorstwo jest tu kwestią dyskusyjną. Rzecz dzieje się w środowisku arcy-konserwatywnego pensjonatu dla dziewcząt. I w tym tkwi sęk – moim zdaniem, dziewczyny w rozmowach ze sobą zachowują się nienaturalnie, mówią, jakby grały w sztuce Szekspira. Natomiast przy przełożonej i opiekunkach znowu wyśpiewują bezbłędnie drewniane formułki, tyle że robią to bez cienia uczucia. Nie wiem, czy to sprawa gry aktorskiej, czy też w tego typu placówkach taki oficjalny język obowiązuje.
 W drugim akapicie pojawia się dużo pytań, ale nie ma tam dla mnie najważniejszego – czy rzeczony film jest na faktach? Jeśli nie, to scenarzyście Cliffowi Greenowi i pisarce Joan Lindsay należą się szczere wyrazy uznania za wymyślenie tak wciągającej, a zarazem tak dziwnej i niepokojącej historii. Ale jeśli tak, to... mamy chyba do czynienia z „australijską Przełęczą Diatłowa”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz