piątek, 19 lipca 2019

Fajnie było w muzeum - recenzja "Annabelle wraca do domu" (2019)

   Bałem się tej nowej Annabelle jak diabli – Zakonnica i Topielisko jako tako trzymały się kupy, ale raziły do bólu opisowymi dialogami, czasami wręcz godzącymi w inteligencję widza, a z tyłu głowy cały czas czaiła się przykra pokraka, jaką był pierwszy film o czarciej lali. Na osłodę miałem Narodziny zła, które i historię miały sensowną, i aktorstwo dobre, i świetne zdjęcia, do spółki ze scenografią. Główną obawą jednak był Gary Dauberman – scenarzysta tych wszystkich spin-offów Obecności oraz nowej ekranizacji To Kinga, który tutaj debiutuje również jako reżyser. Trzymałem kciuki, żeby poradził sobie równie dobrze jak Leigh Whannell (ten z kolei nie miał w swoich scenariuszach ręki do postaci, które sam później grał) przy trzecim rozdziale Naznaczonego, i... jakoś poszło. Annabelle wraca do domu to nie straszak sensu stricto; to coś bardziej jak niewinna zabawa i ukłon w stronę wiecznie żywej i inspirującej klasyki w wykonaniu debiutanta, który za kamerą nie czuje się na tyle pewnie, aby pójść w stu procentach własną drogą. Jest to swego rodzaju kino rozrywkowe, całkiem sympatyczne, bez wyraźnie komediowego wydźwięku rodem z niedawnej Laleczki (reinkarnacji Chucky'ego). 
   Co jeszcze wyróżnia ten „homecoming” na tle poprzednich spin-offów, to obecność Warrenów we wstępie do historii w formie konkretniejszej niż retrospekcja, wykorzystująca sceny z poprzednich filmów. Ta krótka sekwencja awaryjnego postoju nocą, przy cmentarzu, z upiorną lalą na tylnym siedzeniu, która przyciąga tłumy niespokojnych duchów, sprawiła, że spodziewałem się od złotoustego Patricka Wilsona jakiegoś tekstu nawiązującego do kultowego They're coming to get you, Barbara!; tak się jednak nie stało, ale wtedy w mojej głowie uruchomił się filmowy szósty zmysł, nastawiony na wyłapywanie scen intertekstualnych. Noc żywych trupów jeszcze nieraz przewija się przez ekran, telewizor z miejsca kojarzy się z The Ring, a gdy siły zła stukają coś na maszynie do pisania, to musi być Lśnienie. Niektóre wątki pachną nawet Furmanem śmierci z 1921 roku, a mój skrzywiony gust mówi mi, że jeśli ktoś wkłada rękę do czarnej dziury w poszukiwaniu zbawienia, z wysokim prawdopodobieństwem utraty tej ręki, to na bank jest to nawiązanie do Piły. No co, wszak ojcem świata Obecności jest James Wan. Są tu też odniesienia nie tyle do tytułów, co do pewnych motywów z klasycznego kina grozy, i – to jest w nich najciekawsze – można w nich upatrywać sugestii co do tego, o czym będzie traktowała trzecia Obecność. Wzięło mi się to stąd, że była jakiś czas temu plotka, według której Wanowi szczególnie miała się spodobać sprawa wilkołaka z archiwum Warrenów, a w tym filmie właśnie taka bestia okazjonalnie się pojawia. 
  Oprócz garści domniemanych cytatów, Annabelle wraca do domu w pełni wpisuje się w nurt współczesnego horroru konwencjonalnego, który w moim odczuciu jest obliczony na danie widzowi obytemu z gatunkiem specyficznej satysfakcji. Znajomość schematów i klisz pozwala mniej więcej przewidzieć – na podstawie chociażby montażu, pracy kamery i konstrukcji kadru – w jaki sposób rozegra się dana scena, i jeśli obstawiłem dobrze, to byłem zadowolony z siebie, a jeśli nie – to też fajnie, bo udało się filmowi mnie zmylić i zaskoczyć. Można się oczywiście oburzać na brak logiki w zachowaniu nastoletnich bohaterek, ale, jakby nie patrzeć, to właśnie ich nierozważność napędza akcję i daje siłom zła większe pole do popisu. Podkreślam – nastoletnich, bo Judith, córka Warrenów, jeszcze się do tej kategorii wiekowej nie łapie, a jej odwaga i roztropność są w horrorach zarezerwowane są dla młodszych postaci właśnie. Grającą ją natomiast Mckennę Grace z radością włączam w poczet młodych aktorek, które pierwsze oznaki swego talentu dają w takich właśnie starciach z duchami. Grace świetnie radzi sobie też w Nawiedzonym domu na wzgórzu Netflixa, gdzie partneruje jej Lulu Wilson, kolejna młoda „pogromczyni demonów” (znana też z poprzedniej Annabelle i Ouija: Narodziny zła). Czuję się zobowiązany wymienić również pozostałe dziewczyny: Annalise Basso (Oculus, Ouija..., Slender Man), Madison Wolfe (Obecność 2) i Talitha Bateman (Annabelle: Narodziny zła). 
   Zbroi samuraja ze skansenu Warrenów też w końcu przytrafił się większy udział niż pojedyncze ujęcie, co mnie bardzo cieszy, bo nie wykorzystać rekwizytu z takim potencjałem to zbrodnia. Na stanowisko kompozytora (ale do roli diabła już niestety nie) powrócił Joseph Bishara, ale jego dzieło tutaj nie jest tak wyraziste jak w głównych filmach z uniwersum. I były żarty o dużym penisie. Nie chcę, żeby wróciły w przyszłych filmach, bo były naprawdę straszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz