czwartek, 19 marca 2020

Ktoś obok - recenzja filmu "1917"

Znalezione obrazy dla zapytania: 1917 plane scene
   Jakie to piękne – Mendes zakochał się w sekwencji otwierającej Spectre i postanowił przekuć ją w film pełnometrażowy, za scenariusz obierając opowieści swego dziadka z I wojny światowej. Bardzo podoba mi się to, w jakim kierunku zmierza współczesne, a może raczej nowoczesne kino wojenne. 1917 to zaledwie druga po Dunkierce jaskółka zwiastująca tą wiosnę, lecz rozgłos i entuzjazm, towarzyszące pojawieniu się obu tych filmów, są moim zdaniem na tyle znaczące, że można śmiało mówić tu o narodzinach nowego trendu. Epicką batalistykę porzuca się na rzecz opowieści o odwrotach i ewakuacjach, które potrafią o wiele wyraźniej zaznaczyć swój antywojenny wydźwięk niż naturalistyczne obrazy, na zmianę pokazujące szerokie spektrum porażającej przemocy i celebrujące śmierć w imię idei. Podobieństwo 1917 do choćby takiego Szeregowca Ryana, który w moich oczach niepodzielnie obejmował tron w swoim gatunku od ponad dwudziestu lat, jednocześnie rzuca się w oczy i przeczy samo sobie w kwestii opisanych powyżej aspektów. Wyścig z czasem to wspólny element, ale jego cel i środki są niczym zupełne przeciwieństwa – samotnik, mający zapobiec samobójczemu poświęceniu kilkunastu tysięcy i walczący jednocześnie o własne przetrwanie na niepewnym terenie, oraz drużyna, za wszelką cenę mająca ocalić jednego człowieka w imię ludzkiego odruchu zwierzchników.

   Film Mendesa, skupiając się na jednostkowym bohaterze, jest również dodatkowo obliczony na zbratanie z nim (bohaterem) widza, sporą część akcji osadzając w dość klaustrofobicznych przestrzeniach, a poza tym nie pozwalając kamerze oddalić się od niego na więcej niż kilka metrów. Siła płynności i dynamiki jej ruchu tutaj wydaje mi się mieć zdolność do oddziaływania na błędnik widza, niezależnie od formatu obrazu i okoliczności seansu; widziałem film w kinie IMAX, siedząc w dobrej odległości, acz niezbyt prostopadle względem ekranu, i nie wydaje mi się, żebym coś przy tym stracił. 1917 bardzo się stara, żebyś poczuł się kimś obok, ale nie w sensie negatywnym – śledząc akcję w czasie rzeczywistym (przerwaną jedynym w całym filmie wyraźnie zaznaczonym cięciem), nie odstępując szeregowego Schofileda na krok, będąc jednocześnie zwolnionym z większości towarzyszących jego maratonowi niewygód, jak np. wstrząsy eksplozji czy zasypane pyłem oczy.

   Dawno też nie zdarzyło mi się szczerze zatęsknić za 3D, a tu wręcz trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre sceny, choć po tym filmie raczej by się tego nie spodziewano, zostały wymyślone bezpośrednio z myślą o trójwymiarze. Posępny labirynt zasieków i drutu kolczastego, gąszcz belek podtrzymujących strop bunkra czy nawet Schofield porwany przez rwącą rzekę (kamera bynajmniej nie podąża za nim wtedy wzdłuż brzegu) – Roger Deakins wykorzystał sto procent potencjału każdego ujęcia, nie umieszczając w kadrze ani jednego zbędnego elementu. To nie jest przerost formy nad treścią; to forma dziarsko idąca w parze z treścią, a efekt tego zbalansowania ma szansę na długo pozostać niedoścignionym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz