Bałem się tej nowej
Annabelle jak diabli –
Zakonnica i Topielisko
jako tako trzymały się kupy, ale raziły do bólu opisowymi
dialogami, czasami wręcz godzącymi w inteligencję widza, a z tyłu
głowy cały czas czaiła się przykra pokraka, jaką był pierwszy
film o czarciej lali. Na osłodę miałem Narodziny zła,
które i historię miały sensowną, i aktorstwo dobre, i świetne
zdjęcia, do spółki ze scenografią. Główną obawą jednak był
Gary Dauberman – scenarzysta tych wszystkich spin-offów Obecności
oraz nowej ekranizacji To
Kinga, który tutaj debiutuje również jako reżyser. Trzymałem
kciuki, żeby poradził sobie równie dobrze jak Leigh Whannell (ten
z kolei nie miał w swoich scenariuszach ręki do postaci, które sam
później grał) przy trzecim rozdziale Naznaczonego,
i... jakoś poszło. Annabelle wraca do domu
to nie straszak sensu stricto; to coś bardziej jak niewinna zabawa i
ukłon w stronę wiecznie żywej i inspirującej klasyki w wykonaniu
debiutanta, który za kamerą nie czuje się na tyle pewnie, aby
pójść w stu procentach własną drogą. Jest to swego rodzaju kino
rozrywkowe, całkiem sympatyczne, bez wyraźnie komediowego wydźwięku
rodem z niedawnej Laleczki (reinkarnacji
Chucky'ego).
Co
jeszcze wyróżnia ten „homecoming” na tle poprzednich
spin-offów, to obecność Warrenów we wstępie do historii w formie
konkretniejszej niż retrospekcja, wykorzystująca sceny z
poprzednich filmów. Ta krótka sekwencja awaryjnego postoju nocą,
przy cmentarzu, z upiorną lalą na tylnym siedzeniu, która
przyciąga tłumy niespokojnych duchów, sprawiła, że spodziewałem
się od złotoustego Patricka Wilsona jakiegoś tekstu nawiązującego
do kultowego They're coming to get you, Barbara!;
tak się jednak nie stało, ale wtedy w mojej głowie uruchomił się
filmowy szósty zmysł, nastawiony na wyłapywanie scen
intertekstualnych. Noc żywych trupów
jeszcze nieraz przewija się przez ekran, telewizor z miejsca kojarzy
się z The Ring, a gdy
siły zła stukają coś na maszynie do pisania, to musi być
Lśnienie. Niektóre
wątki pachną nawet Furmanem śmierci
z 1921 roku, a mój skrzywiony gust mówi mi, że jeśli ktoś wkłada
rękę do czarnej dziury w poszukiwaniu zbawienia, z wysokim
prawdopodobieństwem utraty tej ręki, to na bank jest to nawiązanie
do Piły. No co, wszak
ojcem świata Obecności
jest James Wan. Są tu też odniesienia nie tyle do tytułów, co do
pewnych motywów z klasycznego kina grozy, i – to jest w nich
najciekawsze – można w nich upatrywać sugestii co do tego, o czym
będzie traktowała trzecia Obecność.
Wzięło mi się to stąd, że była jakiś czas temu plotka, według
której Wanowi szczególnie miała się spodobać sprawa wilkołaka z
archiwum Warrenów, a w tym filmie właśnie taka bestia okazjonalnie
się pojawia.
Oprócz
garści domniemanych cytatów, Annabelle wraca do domu
w pełni wpisuje się w nurt współczesnego horroru
konwencjonalnego, który w moim odczuciu jest obliczony na danie
widzowi obytemu z gatunkiem specyficznej satysfakcji. Znajomość
schematów i klisz pozwala mniej więcej przewidzieć – na
podstawie chociażby montażu, pracy kamery i konstrukcji kadru – w
jaki sposób rozegra się dana scena, i jeśli obstawiłem dobrze, to
byłem zadowolony z siebie, a jeśli nie – to też fajnie, bo udało
się filmowi mnie zmylić i zaskoczyć. Można się oczywiście
oburzać na brak logiki w zachowaniu nastoletnich bohaterek, ale,
jakby nie patrzeć, to właśnie ich nierozważność napędza akcję
i daje siłom zła większe pole do popisu. Podkreślam –
nastoletnich, bo Judith, córka Warrenów, jeszcze się do tej
kategorii wiekowej nie łapie, a jej odwaga i roztropność są w
horrorach zarezerwowane są dla młodszych postaci właśnie. Grającą
ją natomiast Mckennę Grace z radością włączam w poczet młodych
aktorek, które pierwsze oznaki swego talentu dają w takich właśnie
starciach z duchami. Grace świetnie radzi sobie też w Nawiedzonym
domu na wzgórzu Netflixa, gdzie
partneruje jej Lulu Wilson, kolejna młoda „pogromczyni demonów”
(znana też z poprzedniej Annabelle
i Ouija: Narodziny zła).
Czuję się zobowiązany wymienić również pozostałe dziewczyny:
Annalise Basso (Oculus,
Ouija..., Slender
Man), Madison Wolfe (Obecność
2) i Talitha Bateman (Annabelle:
Narodziny zła).
Zbroi
samuraja ze skansenu Warrenów też w końcu przytrafił się większy
udział niż pojedyncze ujęcie, co mnie bardzo cieszy, bo nie
wykorzystać rekwizytu z takim potencjałem to zbrodnia. Na
stanowisko kompozytora (ale do roli diabła już niestety nie)
powrócił Joseph Bishara, ale jego dzieło tutaj nie jest tak
wyraziste jak w głównych filmach z uniwersum. I były żarty o
dużym penisie. Nie chcę, żeby wróciły w przyszłych filmach, bo
były naprawdę straszne.






