Pierwsza scena po napisach
początkowych i już – tradycyjna forma filmowa zostaje rozsadzona,
a Niewinni czarodzieje wybijają się gdzieś hen, ponad nią.
Gdy Mirka, bohaterka drugoplanowa o znaczeniu dla fabuły znikomym,
przechadza się ulicą na tle plakatów podpisanych tytułem filmu i
z wizerunkami głównych bohaterów, widz może już zacząć się
zastanawiać nad tym, z czym ma do czynienia. Nie wiemy wtedy jeszcze
wprawdzie, że ta dwójka na plakatach to ci, na których będziemy
się skupiać przez najbliższą godzinę, lecz sama obecność
tytułu w świecie przedstawionym jest niecodzienna. Tytuł ten
powraca do nas pół godziny później, gdy wciąż nieznana nam z
imienia para trafia do mieszkania, gdzie spisują umowę, wedle
postulatów której potoczy się ich wspólna noc. W radiu zaczyna
się wówczas utwór, który zostaje zapowiedziany jako „piosenka z
filmu Niewinni czarodzieje w wykonaniu Sławy Przybylskiej”,
na co bohaterowie zupełnie nie zwracają uwagi, choć kilka chwil
wcześniej słyszeli go w klubie, gdzie też się poznali.
Najważniejszą jednak sceną w kontekście burzenia iluzji świata
przedstawionego jest ta, w której znana nam już od dłuższego
czasu z imienia senna Pelagia mówi o świcie podobnie znanemu nam
Bazylemu, że zapomniała tekstu swojej roli. To jedno zdanie w moim
odczuciu najdobitniej oddaje to, czym Niewinni czarodzieje są,
i to nie tylko na płaszczyźnie formalnej, z tymi wszystkimi
zaburzeniami przezroczystości, ale też w warstwie fabularnej. Film,
będący zapisem spotkania dwóch nieprzeciętnych jednostek, które
od samego początku prowadzą między sobą grę pozorów, wchodzi w
podobną relację z widzem, zwodząc go i ukrywając swoją prawdziwą
tożsamość.
Na pierwszy ogień Bazyli, jako że on pojawia się tu pierwszy. Ekspozycja jego postaci z miejsca wzbudzi u niektórych skojarzenia z życiorysem Krzysztofa Komedy, który nie tylko skomponował tu muzykę, ale też epizodycznie wystąpił w roli samego siebie. Dziwna zatem to scena, kiedy Komeda wywołany z nazwiska jest pytany przez swoje filmowe alter ego o trzy cnoty boskie. Nie mogę jednak uznać Bazylego za pełnoetatowe odbicie Komedy, ponieważ nasz bohater jazzem zajmuje się hobbystycznie, jego priorytety życiowe są cokolwiek zagadkowe, a sfera prywatna jest znacznie ciekawsza niż zawodowa. Bazyli zdaje się być w związku ze wspomnianą Mirką; „zdaje się”, gdyż ona robi wszystko, aby nawiązać z nim jakiś kontakt, a on z kolei robi absolutnie wszystko, aby utrzymać ją na dystans, a nawet do tego kontaktu zniechęcić, bezpardonowo ją ignorując czy niezobowiązująco umawiając się z Kaliną Jędrusik na kawę. Jak można też wywnioskować z rozmowy młodego lekarza z pielęgniarką, to nie pierwszego tego typu epizod w jego przypadku. Jest w tych zachowaniach spora doza cynizmu, który aż się prosi, żeby potraktować go czymś, co go po prostu złamie.
Gdyby tak się nie stało, pewnie oglądalibyśmy powtórkę z Popiołu i diamentu, a nasz bohater wróciłby do domu, zastając pod drzwiami zdenerwowaną Mirkę. Można zatem powiedzieć, że Pelagia jest dla niego rodzajem szansy na wyznanie grzechów, samokrytykę, wyzbycie się całego tego cynizmu, którym się dotychczas obudowywał. Nie wiem jak inaczej wytłumaczyć postępowanie Bazylego wobec kobiet – ta maska obojętności musi skrywać szczery, prawdziwy romantyzm, który spychany jest gdzieś na bok jako coś, co może zostać uznane za słabość i wykorzystane przeciwko bohaterowi. Pelagia zdaje się znać Bazylego na wylot już od momentu, gdy oboje zostali pozostawieni sobie przed wejściem do klubu, wprawdzie może najpierw utożsamiając jego zamiary z Edmundowymi, ale Bazylemu też ta sytuacja nie jest wcale nie na rękę, wręcz przeciwnie. Może właśnie w tamtej chwili rodzi się w nim jakieś podświadome pragnienie bycia przez kobietę intelektualnie zdominowanym, zdemaskowanym, żeby nie musiał już dłużej pozować na niewzruszonego cynika, czego jednak kurczowo się trzyma jeszcze przez długi czas. Jedyny moment, w którym Bazyli pozwala sobie na sto procent autentyczności swoich uczuć, to ten, kiedy zostaje sam po porannej rozmowie z kolegami z zespołu i wraca do mieszkania po to, żeby odkryć, że Pelagia zniknęła. Wtedy właśnie, w odruchu bezwarunkowym, wsiada na skuter i pędzi na dworzec przekonany, że dziewczyna wyruszyła w dalszą podróż. A ona, jeszcze nie tak dawno senna i markotna, wyszła tylko na spacer, jakby doskonale wiedząc, że on wyruszy na jej poszukiwania, jakby od tego miał zależeć cały świat, tak jak wcześniej wiedziała, że on wsiądzie za nią do autobusu, więc kupiła dwa bilety.
Ta chwila rozłąki o świcie
była dla nich obojga okazją do zmierzenia się z własnymi
emocjami, której efekty najpierw okazały się rozczarowujące, a to
po to, aby następnie sprawy przybrały obrót iście niewiarygodny.
O ile Pelagia ten spontaniczny test radzenia sobie z uczuciami zdała
wzorowo, próbując wyznać Bazylemu swoje zauroczenie, w nim stare
nawyki wzięły górę, gdy w tej chwili zawiązał jej chustę na
ustach. Wtedy ona wychodzi, uprzejmie go o tym informując, i ma
pełno prawo do tego, aby wyjść i tu już nie wrócić, skoro on
nie potrafi poradzić sobie tak z jej, jak i ze swoimi emocjami.
Pelagia jednak robi w tył zwrot już na pierwszym stopniu schodów,
cichaczem wślizguje się z powrotem do mieszkania i tu ta historia
się kończy. Wydźwięk takiego, a nie innego finału przywodzi mi
na myśl losy tragicznych kochanków z późniejszej Kroniki
wypadków miłosnych (z równie wyrazistą bohaterką kobiecą),
którzy, niczym w baśni, przebudzili się po swojej samobójczej
śmierci, by żyć wiecznie. Literackich konotacji w Niewinnych
czarodziejach można wypatrywać więcej – czy to w samym
tytule, zaczerpniętym z Dziadów. Widowiska, cytowanych też
przez jednego z bohaterów na porannym kacu, albo w samym tym
cytacie, w którym przywołani zostają „mędrce dawnych wieków,
szukający skarbów albo leków”. Bazyli swoje wie, wszak nie dość,
że jest lekarzem, to jeszcze pragmatykiem i cynikiem, i choć do
„mędrca dawnych wieków” jeszcze mu trochę brakuje, to jak
najbardziej może być tym „niewinnym czarodziejem”, alchemikiem
niczym doktor Faust – wszechwiedzącym, a niekochającym i
niekochanym, dopóki nie spotka na swej drodze Pelagii, która, w
przeciwieństwie do Mirki, swoją bezpruderyjnością przełamie jego
opór.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz