Czy
w XXI wieku figura długiego trwania „rycerza w lśniącej zbroi na
białym koniu” ma jeszcze rację bytu? Mainstream ochoczo woła
„oczywiście, że tak!”, podczas gdy off po swojemu buczy
„nieee”. A może jest jakiś złoty środek? Coś, co nie
zaprzecza stanowczo jak off, ale też nie wrzeszczy tak nachalnie jak
mainstream? Czy istnieje ideał? Odpowiedź brzmi: tak, a Nicolas
Winding Refn przedstawił go nawet na kilku płaszczyznach swojego
amerykańskiego debiutu.
Bezimienny
bohater (Ryan Gosling) za dnia pracuje jako kierowca-kaskader w
Hollywood, a po nocach dorabia wożąc gangsterów na napady i
bezbłędnie uciekając potem policji. W jego (bardzo) cichym i
(niespotykanie) spokojnym życiu pojawia się nagle urocza sąsiadka
(Carey Mulligan), samotnie wychowująca małego synka i czekająca na
wyjście męża (Oscar Isaac) z więzienia. Gdy wspomniany delikwent
wraca na rodzinne łono, prosi naszego cichego herosa o pomoc w
wykaraskaniu się z przyniesionych zza krat długów. I tu kończy
się dotychczasowa sielanka...
Przyznaję
się sam przed sobą – jest to sztampowa historia, i to sztampowa w
opór. Kino akcji klasy B jest już bardziej urozmaicone i ma w sobie
więcej życia... ale siła „Drive'a” tkwi w tym właśnie, że
ten film ma w sobie tyle życia, ile jego główny bohater –
autystyczny romantyk, cokolwiek enigmatyczny, prawdopodobnie
niedojrzały emocjonalnie i z okazjonalnymi skłonnościami
psychopatycznymi. On nadaje temu filmowi rytm i tempo; powiedziałbym,
że Refn czyni go wręcz swoim alter ego po drugiej stronie kamery.
Gosling, tu w bezdyskusyjnie życiowej roli (a także pierwszej roli
amanta z prawdziwego zdarzenia, co miało swoje konsekwencje), daje
popis aktorskiej samokontroli i podejrzanie uśmiechniętego niemowę
gra bez krzty pretensjonalności czy przerysowania. Historia i
bohater stanowią w „Drive” jedność – dwie trzecie akcji
toczy się poniżej przepisowej prędkości, a najbardziej żywą
reakcją ze strony drivera jest powolny, milczący uśmiech od ucha
do ucha. Kiedy jednak pojawia się zagrożenie, cały ten stoicyzm
idzie się kochać, a że dotychczas był spokój, to każde
podniesienie przez Goslinga głosu, podejrzliwe czy krzywe spojrzenie
jego oczu, albo – olaboga! – sięgnięcie po przemoc dosłownie
wbija widza w fotel. Duńska szkoła budowania napięcia – to
lubię. No i przecież jest to mężczyzna idealny – gdy kobieta
potrzebuje pomocy, on rzuca wszystko, przywdziewa kremową kurtkę ze
złotym skorpionem na plecach i sam jeden rzuca wyzwanie mafii. Jak
go tu nie lubić...
Od
Goslinga nie odstaje też reszta obsady. W zasadzie „Drive”
opiera się na przeczuciach, wspólnych dla widza i głównego
bohatera, a budzą się one dzięki wybornie zagranej reszcie
postaci. Ich spojrzenia i wyrazista mimika bardziej niż słowa
tworzą ich różne, ale jednako tajemnicze i niepokojące
charaktery. Przejmująca jest zwłaszcza Carey Mulligan jako Irene –
młoda, urocza i niewinna, ale brutalnie doświadczona przez los,
całą sobą błagająca o okazanie minimum wsparcia i empatii. Oscar
Isaac, mistrz na długo zapadających w pamięć ról drugoplanowych,
jako jej partner, człowiek autentycznie niepokojący i o niejasnych
intencjach, tworzy tu kolejną po „Sucker Punch” i „Ex
Machinie” kreację, przez którą jeszcze bardziej nie mogę
doczekać się jego pierwszej wielkiej roli arcyłotra lub arcyherosa
(osobiście wolałbym łotra). Scena wspólnego posiłku ich trojga –
Goslinga, Mulligan i Isaaca – to absolutna perełka; obłędny
pojedynek na ukryte, nieśmiałe, błagające spojrzenia, wsparty do
zenitu podnoszącą napięcie muzyką i doskonałym montażem. Jest
jeszcze Bryan Cranston jako szef bohatera, zatrudniający go w
warsztacie (Gosling złota rączka, wiadomo) i załatwiający
samochody do pracy zarówno dziennej, jak i nocnej – postać w
pewnym momencie tragiczna, swoista figura ojca, może trochę
oschłego i znerwicowanego, ale nade wszystko troskliwego.
Czuję się zobowiązany podlinkować jeszcze wspomniane teledyskowe sceny; bierzcie i dzielcie się, albowiem są one piękne:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz