sobota, 24 lutego 2018

Überfilm - recenzja filmu "Drive" (2011)

   Czy w XXI wieku figura długiego trwania „rycerza w lśniącej zbroi na białym koniu” ma jeszcze rację bytu? Mainstream ochoczo woła „oczywiście, że tak!”, podczas gdy off po swojemu buczy „nieee”. A może jest jakiś złoty środek? Coś, co nie zaprzecza stanowczo jak off, ale też nie wrzeszczy tak nachalnie jak mainstream? Czy istnieje ideał? Odpowiedź brzmi: tak, a Nicolas Winding Refn przedstawił go nawet na kilku płaszczyznach swojego amerykańskiego debiutu.
   Bezimienny bohater (Ryan Gosling) za dnia pracuje jako kierowca-kaskader w Hollywood, a po nocach dorabia wożąc gangsterów na napady i bezbłędnie uciekając potem policji. W jego (bardzo) cichym i (niespotykanie) spokojnym życiu pojawia się nagle urocza sąsiadka (Carey Mulligan), samotnie wychowująca małego synka i czekająca na wyjście męża (Oscar Isaac) z więzienia. Gdy wspomniany delikwent wraca na rodzinne łono, prosi naszego cichego herosa o pomoc w wykaraskaniu się z przyniesionych zza krat długów. I tu kończy się dotychczasowa sielanka...


   Przyznaję się sam przed sobą – jest to sztampowa historia, i to sztampowa w opór. Kino akcji klasy B jest już bardziej urozmaicone i ma w sobie więcej życia... ale siła „Drive'a” tkwi w tym właśnie, że ten film ma w sobie tyle życia, ile jego główny bohater – autystyczny romantyk, cokolwiek enigmatyczny, prawdopodobnie niedojrzały emocjonalnie i z okazjonalnymi skłonnościami psychopatycznymi. On nadaje temu filmowi rytm i tempo; powiedziałbym, że Refn czyni go wręcz swoim alter ego po drugiej stronie kamery. Gosling, tu w bezdyskusyjnie życiowej roli (a także pierwszej roli amanta z prawdziwego zdarzenia, co miało swoje konsekwencje), daje popis aktorskiej samokontroli i podejrzanie uśmiechniętego niemowę gra bez krzty pretensjonalności czy przerysowania. Historia i bohater stanowią w „Drive” jedność – dwie trzecie akcji toczy się poniżej przepisowej prędkości, a najbardziej żywą reakcją ze strony drivera jest powolny, milczący uśmiech od ucha do ucha. Kiedy jednak pojawia się zagrożenie, cały ten stoicyzm idzie się kochać, a że dotychczas był spokój, to każde podniesienie przez Goslinga głosu, podejrzliwe czy krzywe spojrzenie jego oczu, albo – olaboga! – sięgnięcie po przemoc dosłownie wbija widza w fotel. Duńska szkoła budowania napięcia – to lubię. No i przecież jest to mężczyzna idealny – gdy kobieta potrzebuje pomocy, on rzuca wszystko, przywdziewa kremową kurtkę ze złotym skorpionem na plecach i sam jeden rzuca wyzwanie mafii. Jak go tu nie lubić...


   Od Goslinga nie odstaje też reszta obsady. W zasadzie „Drive” opiera się na przeczuciach, wspólnych dla widza i głównego bohatera, a budzą się one dzięki wybornie zagranej reszcie postaci. Ich spojrzenia i wyrazista mimika bardziej niż słowa tworzą ich różne, ale jednako tajemnicze i niepokojące charaktery. Przejmująca jest zwłaszcza Carey Mulligan jako Irene – młoda, urocza i niewinna, ale brutalnie doświadczona przez los, całą sobą błagająca o okazanie minimum wsparcia i empatii. Oscar Isaac, mistrz na długo zapadających w pamięć ról drugoplanowych, jako jej partner, człowiek autentycznie niepokojący i o niejasnych intencjach, tworzy tu kolejną po „Sucker Punch” i „Ex Machinie” kreację, przez którą jeszcze bardziej nie mogę doczekać się jego pierwszej wielkiej roli arcyłotra lub arcyherosa (osobiście wolałbym łotra). Scena wspólnego posiłku ich trojga – Goslinga, Mulligan i Isaaca – to absolutna perełka; obłędny pojedynek na ukryte, nieśmiałe, błagające spojrzenia, wsparty do zenitu podnoszącą napięcie muzyką i doskonałym montażem. Jest jeszcze Bryan Cranston jako szef bohatera, zatrudniający go w warsztacie (Gosling złota rączka, wiadomo) i załatwiający samochody do pracy zarówno dziennej, jak i nocnej – postać w pewnym momencie tragiczna, swoista figura ojca, może trochę oschłego i znerwicowanego, ale nade wszystko troskliwego.

   Elementem zapewniającym „Drive” nieśmiertelność w sercach wielu widzów jest też niewątpliwie ścieżka dźwiękowa, zarówna ta dobrana, jak i skomponowana. Sekwencje z podkładem „Nightcall” Kavinsky'ego i Lovefoxxx oraz „A Real Hero” College i Electric Youth mogą być bez problemu samodzielnymi teledyskami. Także pulsująca muzyka Cliffa Martineza nie dość, że doskonale współgra z obrazem, to także zostaje w uszach na długo po seansie i autentycznie chce się do niej wracać, żeby znowu, chociaż na chwilę i tylko częściowo poczuć to... „coś”. To, czym jest „Drive” - metronomem serca widza.


Czuję się zobowiązany podlinkować jeszcze wspomniane teledyskowe sceny; bierzcie i dzielcie się, albowiem są one piękne:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz