wtorek, 3 kwietnia 2018

Z kamerą donikąd - recenzja filmu "American Honey" (2016)

   Ile amerykańskich filmów, tyle twarzy amerykańskiego snu, bowiem Amerykanie to naród nade wszystko skupiony na sobie, na dobre i na złe. Potrafią się chwalić nawet korupcją, demoralizacją i biedą – ważne, że swoją, i zawsze wyciągają z niej jakieś pozytywne wnioski. Symboliczny amerykański sen równie często bywa więc może jeszcze nie koszmarem, ale na pewno snem, z którego prędzej czy później chcesz się obudzić. 
   Bohaterka szlagiera „American Honey” Lady Antebellum z amerykańskiego snu pragnie wyrwać się do amerykańskiego wyścigu szczurów, ale gdy będzie w nim jej źle, zawsze może myślami wrócić do snu. Bohaterka filmu Andrei Arnold pod tym samym tytułem też się wyrywa, tyle że raczej z koszmaru, a wolność, którą miała dać jej ta ucieczka, okazuje się być cokolwiek gorzka i zwyczajnie względna. Życie Star, bo tak jej na imię (świetna debiutantka znikąd, Sasha Lane), w koczowniczej grupie społecznych wyrzutków żyjących ze sprzedaży ekskluzywnych czasopism, zdaje się mieć tylko jeden cel – zbliżyć się do charyzmatycznego Jake'a (Shia LaBeuof), guru tych outsiderów. Problem w tym, że zdaje się on siedzieć pod pantoflem Krystal (Riley Keough, wnuczka Elvisa Presleya), oziębłej szefowej-opiekunki grupy. 
 
   Krótko i jasno - „American Honey” jest filmem do bólu surowym i eksperymentalnym, który sporą część widzów zniechęci po pół godziny (a trwa – uwaga – ponad dwie i pół). Pełno to luźnych dialogów o niczym i kontemplacji prozaicznych detali świata przedstawionego, a całość ma charakter jakby paradokumentalnego kina drogi – pamiętnika, w którym kamera jest zwykłym świadkiem, niemym uczestnikiem tej podróży donikąd. Ta obszerność prawdopodobnie wynika z założenia reżyserki-scenarzystki, że to wszystko prosto „z życia wzięte” i musi tu być, bo musi być i już. Grzech numer jeden filmów stawiających sobie za cel jak najwierniejsze odwzorowanie rzeczywistości – za dużo wszystkiego, przez co fabuła się rozłazi niemiłosiernie i stopniowo przestaje interesować widza. Jest jednak w tej ewangelii marginesu parę swoistych perełek (szukanie świeżego jedzenia w śmietniku pod supermarketem, wspólne śpiewanie w vanie, mistrz marketingu Jake w swoim żywiole), i choć co najmniej jedną czwartą filmu zostawiłbym w montażowni, nie mogę powiedzieć, że „American Honey” wali kulą w płot. Ta historia nie buduje napięcia, ale budzi ciekawość i, trochę współdzieloną z bohaterami, niepewność jutra, a to wszystko między innymi za sprawą trafionej obsady, z której tylko LaBeuof i Keough mają jakieś konkretne doświadczenie przed kamerą – reszta to naturszczycy, z ujmującą Sashą Lane na czele. Ważną rolę pełni także ścieżka dźwiękowa, na której dominuje smętny, czarny rap o balowaniu, ćpaniu i ruchaniu – czyli o tym amerykańskim śnie, o którym cicho marzą bohaterowie i który starają się realizować na bieżąco, w miarę możliwości. Amerykańska ziemia, po której podróżują, jest natomiast zaskakująco pusta i płaska, wręcz wyludniona, jakby to wszystko działo się z dala od „wielkiego świata”. Trudno mi też rozstrzygnąć stanowisko filmu wobec swoich bohaterów i ich zachowań, decyzji – ten wspomniany dokumentalny charakter czyni z „American Honey” nie komentarz, lecz bardziej reportaż o tzw. „white trash”. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz