W kwestii kina wojennego, w
powszechnej świadomości funkcjonują dwie wizje. Pierwsza –
epickie kino batalistyczne, w którym zastępy superbohaterskich
wojaków wystrzeliwują się w imię wolności, niepodległości i
sprawiedliwości. Druga – wojna jest tłem, a zarazem powodem
cierpienia Bogu ducha winnej, szarej jednostki; maluczkiego,
poturbowanego przez zmieniające świat idee wodzów. A oto
Christopher Nolan, dotychczas specjalizujący się w filmach
nieszczególnie realistycznych (trylogia Mrocznego Rycerza,
„Prestiż”, „Incepcja”, „Interstellar”), postanawia się
zmierzyć z jednym z głośniejszych epizodów drugiej wojny
światowej – Operacją Dynamo, czyli masową ewakuacją wojsk
brytyjskich z bombardowanej przez Niemców francuskiej Dunkierki. I
powiedzieć, że wychodzi z tego starcia z tarczą, to stanowczo za
mało.
W opozycji do obu powyższych wizji
filmu wojennego, Nolan wybrał zupełnie inną drogę. Wynika to po
części ze specyfiki Operacji Dynamo – w Dunkierce nie walczono,
lecz z się z niej ewakuowano, zatem odpada najbardziej
charakterystyczna cecha gatunku – walka. Jedyne wymiany ognia,
jakie jest nam dane obserwować w trakcie seansu, to nieliczne
starcia dwóch brytyjskich samolotów z niemieckimi jednostkami w
przestworzach. Nie zmienia to jednak faktu, że „Dunkierka”,
niepokojąco skromna w swojej wymowie, nieprzerwanie trzyma w
napięciu, fundując nam stałą akcję bez właściwej „akcji” w
sensie stricto. Niewątpliwie pomaga jej w tym rytmiczna muzyka
Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera, która w dużej mierze
przypomina wybitny kawałek „Why So Serious?” tego drugiego z
„Mrocznego Rycerza”. Ponadto, Nolan, który jest także autorem
scenariusza, sięgnął po schemat pojawiający się także w jego
dwóch poprzednich autorskich filmach, „Incepcji” i
„Interstellar” - rozgrywanie kolejnych wątków w różnych
płaszczyznach czasowych i przestrzeniach. Mamy zatem trzy
uzupełniające i przeplatające się opowieści, każda w innym
odstępie od punktu kulminacyjnego. Jesteśmy o tym informowani
tekstowo już na samym początku seansu, lecz uświadomienie sobie
właściwej kolejności zdarzeń może zająć dłuższą chwilę. Ów
zabieg wymusza na widzu stałą uwagę i trzeźwy umysł, przy czym
może też wprowadzać lekki chaos narracyjny, ale jest to właściwie
jedyna rzecz, do której mogę się w „Dunkierce” przyczepić.
Wojna w obiektywie Nolana świeci
ascetyczną pustką. Miasto, smagane wiatrem, osnute mgłą i bez
żywej duszy, przywodzi na myśl surrealistyczny koszmar, którego
zwieńczeniem będzie apokalipsa. Gdy młody żołnierz (debiutujący
na wielkim ekranie Fionn Whitehead), główny bohater jednego z
wątków, dociera do plaży, morze zdaje się nie mieć końca,
pomimo słów komandora Boltona (Kenneth Branagh), że z molo „prawie
widać dom”. Spadające z nieba niemieckie bomby burzą ten
stoicki, pusty, jasny i pogrążający się w coraz większym chaosie
świat, w którym przyszło znaleźć się paru zagubionym
młodzieńcom. Będą oni musieli wybierać między honorem i
moralnością a instynktowną wolą przetrwania; żaden z nich także
nie wysuwa się na pierwszy plan – historia i reżyser traktują
ich równo, niezależnie od stopnia czy strony barykady. W tym filmie
także stosunkowo niedużo się mówi, a przeważnie patrzy ponuro w
piach lub w wodę. Początkujący aktorzy, jak wymieniony wcześniej
Whitehead, Aneurin Barnard czy znany z boysbandu One Direction Harry
Styles, naprawdę dobrze radzą sobie ze swoimi bohaterami, którzy
emocje wyrażają w większości mimiką. W „Dunkierce” ogólne
plany nie grają szczególnie istotnej roli – kamera Hoyte'a Van
Hoytemy, absolwenta łódzkiej filmówki, kurczowo trzyma się
człowieka, i to w każdym z wątków. Razem z żołnierzami szukamy
sposobu ucieczki z miasta, towarzyszymy rodzinie rybaków płynących
swoim kutrem przez Cieśninę Kaletańską, a gdy pilot zestrzelonego
samolotu podejmuje desperacką próbę wylądowania na morzu,
siedzimy na skrzydle jego maszyny, wpatrując się w coraz to bliższą
siną toń.
Filmy takie, którymi ich reżyserzy
sami dokonują swoistych przełomów w swych karierach, to jedne z
najjaśniejszych pereł w historii kinematografii, które tworzą jej
kanon. Christopher Nolan swój pierwszy egzamin z kina wojennego
zaliczył śpiewająco, i z czystym sumieniem stwierdzam, że jego
opowieść o żołnierzach spod Dunkierki na długo pozostanie
niedoścignionym ideałem niekonwencjonalnego, „zamyślonego”
kina wojennego.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz