Przenoszenie na ekran książek
cieszących się statusem kultowych to od zarania dziejów X muzy zadanie
karkołomne, a decyzja o sukcesie (bądź sromotnej porażce) takiego dzieła
spoczywa w dużej mierze w rękach wyznawców literackiego oryginału,
nierzadko dość ortodoksyjnych. A który to pisarz może się poszczycić
rekordową liczbą sfilmowanych powieści? Oczywiście Stefan Król
(horroru), szerzej znany jako Stephen King, który, po kilku latach
posuchy, ostatnio ponownie wkroczył do kin z jednymi ze swych
najobszerniejszych tomów – futurystyczną „Mroczną wieżą” i klasycznym
„To” („Tym”?). Przyjrzyjmy się temu drugiemu... to znaczy, po prostu
„Temu”.
Prowincjonalne amerykańskie miasteczka mają skłonność do
stanowienia swoistych mikrokosmosów dalekozachodniego społeczeństwa. Nie
inaczej wygląda to tu – w Derry, stan Maine, znajdziemy przekrój
nadziei, lęków i przywar USA końca lat 80-tych. W tym piekiełku dorasta
grupka chłopaków, ze względu na swój status społeczny oficjalnie
mianująca siebie Klubem Frajerów. Ich wakacje zapowiadają się nad wyraz
ciekawie – młodszy brat jednego z nich znika w tajemniczych
okolicznościach, do Klubu dołącza tajemnicza dziewczyna i wszystkich
zaczyna prześladować tajemniczy klaun imieniem Pennywise, uosobienie
zła, które terroryzuje miasteczko regularnie co 27 lat. Młodzież
dochodzi do wniosku, że ów groteskowy potwór ma coś wspólnego z
zaginięciem braciszka, a zatem czas wyruszyć na przygodę życia i dorwać
pokrakę.
Powyższy akapit to dość ogólne streszczenie, i to w dodatku
jedynie głównej, najgłówniejszej linii fabularnej. King ma zamiłowanie
do faszerowania swoich opowieści tonami wątków pobocznych, często silnie
osadzonych w danych realiach czasowo-społecznych. Niestety nie czytałem
literackiego oryginału „Tego”, lecz opierając się na mojej znajomości
„Lśnienia” i „Christine” mogę stwierdzić, że i tu mamy do czynienia z
takową obszernością. Król Horroru, dzięki swoim licznym aluzjom
historycznym i przypowieściom, jest swego rodzaju kronikarzem, a nawet
ewangalistą Ameryki. Kubrick, ekranizując już prawie 40 lat temu dzieje
Torrance'ów, dowiódł, że przy przenoszeniu słów Kinga na ruchome obrazy
wykastrowanie powieści z ponad połowy treści jest niegłupim, a nawet
słusznym i efektywnym pomysłem – filmowa narracja musi być spójna, a w
przypadku wzbogacenia jej, powiedzmy, dziesięcioma dodatkowymi wątkami,
nawet zmiana formatu na serial czy też miniserial nie uratowałaby
całości. Z tą zasadą najwyraźniej nie zgadza się Andres Muschietti,
padawan Guillermo del Toro, który wyprodukował jego hollywoodzki debiut
pt. „Mama” z Jessicą Chastain.
Sposób prowadzenia narracji przez młodego hiszpańskiego reżysera w
„Tym” sprawia wrażenie, jakby chciał on upchnąć w filmie właśnie jak
najwięcej tych wątków pobocznych, w książce wzbogacających tło, a tu
burzących ciągłość i jasność przekazu. Do tego dochodzi fakt, że King
swoją powieść podzielił wewnętrznie na dwie części, ściśle ze sobą
połączone. W filmie Muschiettiego, którego akcja obejmuje jedynie
pierwszą część, wygląda to następująco – główna oś fabularna jest rażąco
dziurawa, pozostawiając praktycznie wszystkie rodzące się podczas
seansu pytania bez odpowiedzi, zupełnie jakby producenci byli pewni
komercyjnego sukcesu i zielonego światła dla kontynuacji. Takie
rozwiązanie miałoby sens, gdyby „To” było dyptykiem, którego druga część
ukazałaby się w dość krótkim odstępie czasu od pierwszej – a na dzień
dzisiejszy wiemy, że na „It: Chapter Two” musimy poczekać jeszcze
bagatela dwa lata. W takim razie we wrześniu 2019 najsensowniejszą opcją
będą kinowe maratony z obiema częściami „Tego”, doprawione zapewne
jeszcze jakąś ekranizacją literatury Kinga.
Wizja artystyczna Muschiettiego również pozostawia nieco do
życzenia. Reżyser ochoczo sięga po surrealistyczną groteskę, która
przywołuje na myśl bardziej kino Tima Burtona niż horror z krwi i kości.
Także nieskrępowane eksponowanie Zła, w dodatku w kilku możliwych
wariantach, sprawia, że widz bardzo szybko pozbywa się lęku, skoro film
od początku częstuje go wszystkim tym, czym później będzie próbował go
straszyć. „To” AD 2017 przypomina bardziej kino nowej przygody a lá
„E.T.”, „Goonies” czy chociażby niedawne „Stranger Things” (także za
sprawą Finna Wolfharda, występującego w obu produkcjach). Ot, taka
czysto rozrywkowa pozycja o paczce sympatycznych dzieciaków z małej
mieściny, zwalczających całe zło tego świata. Sztandarowe zagrywki spod
znaku współczesnego kina grozy, tj., basowe tąpnięcia i następujące
zaraz po nich smyczkowe wrzaski, a także zatrzaskujące się drzwi i
mroczne rudery obwieszone pajęczynami, to stanowczo za mało, aby
zapewnić widzowi stałe poczucie zagrożenia. Wyżej wymienione elementy
jednakże wypadają ciekawie w paru scenach, w których, przeważnie
zrealizowanych w dłuższym ujęciu, pojawiający się nagle jedynie na
chwilę detal zupełnie zmienia jej wydźwięk – muzyka cichnie, a
oświetlenie zmienia się, zwiastując rychłe wkroczenie sił nieczystych. W
takich momentach równie ciekawie zachowuje się kamera – zaczyna
mozolnie zmieniać pion, zupełnie jakby za chwilę miało dojść do
odwrócenia grawitacji do góry nogami. Ale, suma sumarum, to wszystko
funkcjonuje na zasadzie kilku zgrabnych epitetów w nieskładnym poemacie
grozy, jakim jest „To”.
Warsztat reżyserski Muschiettiego, wciąż jeszcze hollywoodzkiego
świeżaka, nie jest na poziomie innych reżyserów, którzy podejmowali się
filmowania najważniejszych powieści Kinga. Ze scenami natury horrorowej,
owszem, radzi sobie całkiem nieźle (poza zbyt nachalnym pokazywaniem
straszydeł w całej krasie), ale narracyjna konstrukcja całości mocno
kuleje. Reżyser ma za to, prawdopodobnie, rękę do dzieci – cały Klub
Frajerów gra bardzo rzetelnie i bez zbędnej przesady. Horrory z
ostatnich lat to w ogóle taka mała kuźnia talentów, jako że ów gatunek
lubuje się i specjalizuje w wykorzystywaniu młodych bohaterów z całą ich
szczerością i niewinnością (te przymioty nie dotyczą Finna Wolfharda;
jego bohater chyba urwał się z South Parku). Także Bill Skarsgard, jeden
z synów Stellana, w roli diabolicznego Pennywise'a świetnie się
sprawdza, umiejętnie balansując pomiędzy Szalonym Kapelusznikiem
Johnny'ego Deppa a Jokerem Heatha Ledgera.
XXI-wieczne podejście do „Tego” można, na razie, uznać za
niewypał, którego powstanie było podyktowane prawdopodobnie względami
czysto marketingowymi, bowiem poprzednia ekranizacja ukazała się w 1990
roku, czyli właśnie 27 lat temu. Jakaś bystra głowa w Fabryce Snów
postanowiła zagrać na sentymencie i zabawić się w podpięcie
rzeczywistości ekranowej do tej właściwej – Pennywise, zgodnie ze swoim
kalendarzem, powrócił do kin, ale upływ czasu najwyraźniej mu nie służy.
Całe szczęście, że na zakończenie jego historii nie trzeba czekać
kolejne ćwierć wieku z hakiem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz