wtorek, 7 listopada 2017

Mroczny Rycerz poszedł na wojnę - recenzja filmu "Dunkierka" (2017)

   W kwestii kina wojennego, w powszechnej świadomości funkcjonują dwie wizje. Pierwsza – epickie kino batalistyczne, w którym zastępy superbohaterskich wojaków wystrzeliwują się w imię wolności, niepodległości i sprawiedliwości. Druga – wojna jest tłem, a zarazem powodem cierpienia Bogu ducha winnej, szarej jednostki; maluczkiego, poturbowanego przez zmieniające świat idee wodzów. A oto Christopher Nolan, dotychczas specjalizujący się w filmach nieszczególnie realistycznych (trylogia Mrocznego Rycerza, „Prestiż”, „Incepcja”, „Interstellar”), postanawia się zmierzyć z jednym z głośniejszych epizodów drugiej wojny światowej – Operacją Dynamo, czyli masową ewakuacją wojsk brytyjskich z bombardowanej przez Niemców francuskiej Dunkierki. I powiedzieć, że wychodzi z tego starcia z tarczą, to stanowczo za mało.

   W opozycji do obu powyższych wizji filmu wojennego, Nolan wybrał zupełnie inną drogę. Wynika to po części ze specyfiki Operacji Dynamo – w Dunkierce nie walczono, lecz z się z niej ewakuowano, zatem odpada najbardziej charakterystyczna cecha gatunku – walka. Jedyne wymiany ognia, jakie jest nam dane obserwować w trakcie seansu, to nieliczne starcia dwóch brytyjskich samolotów z niemieckimi jednostkami w przestworzach. Nie zmienia to jednak faktu, że „Dunkierka”, niepokojąco skromna w swojej wymowie, nieprzerwanie trzyma w napięciu, fundując nam stałą akcję bez właściwej „akcji” w sensie stricto. Niewątpliwie pomaga jej w tym rytmiczna muzyka Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera, która w dużej mierze przypomina wybitny kawałek „Why So Serious?” tego drugiego z „Mrocznego Rycerza”. Ponadto, Nolan, który jest także autorem scenariusza, sięgnął po schemat pojawiający się także w jego dwóch poprzednich autorskich filmach, „Incepcji” i „Interstellar” - rozgrywanie kolejnych wątków w różnych płaszczyznach czasowych i przestrzeniach. Mamy zatem trzy uzupełniające i przeplatające się opowieści, każda w innym odstępie od punktu kulminacyjnego. Jesteśmy o tym informowani tekstowo już na samym początku seansu, lecz uświadomienie sobie właściwej kolejności zdarzeń może zająć dłuższą chwilę. Ów zabieg wymusza na widzu stałą uwagę i trzeźwy umysł, przy czym może też wprowadzać lekki chaos narracyjny, ale jest to właściwie jedyna rzecz, do której mogę się w „Dunkierce” przyczepić. 
   Wojna w obiektywie Nolana świeci ascetyczną pustką. Miasto, smagane wiatrem, osnute mgłą i bez żywej duszy, przywodzi na myśl surrealistyczny koszmar, którego zwieńczeniem będzie apokalipsa. Gdy młody żołnierz (debiutujący na wielkim ekranie Fionn Whitehead), główny bohater jednego z wątków, dociera do plaży, morze zdaje się nie mieć końca, pomimo słów komandora Boltona (Kenneth Branagh), że z molo „prawie widać dom”. Spadające z nieba niemieckie bomby burzą ten stoicki, pusty, jasny i pogrążający się w coraz większym chaosie świat, w którym przyszło znaleźć się paru zagubionym młodzieńcom. Będą oni musieli wybierać między honorem i moralnością a instynktowną wolą przetrwania; żaden z nich także nie wysuwa się na pierwszy plan – historia i reżyser traktują ich równo, niezależnie od stopnia czy strony barykady. W tym filmie także stosunkowo niedużo się mówi, a przeważnie patrzy ponuro w piach lub w wodę. Początkujący aktorzy, jak wymieniony wcześniej Whitehead, Aneurin Barnard czy znany z boysbandu One Direction Harry Styles, naprawdę dobrze radzą sobie ze swoimi bohaterami, którzy emocje wyrażają w większości mimiką. W „Dunkierce” ogólne plany nie grają szczególnie istotnej roli – kamera Hoyte'a Van Hoytemy, absolwenta łódzkiej filmówki, kurczowo trzyma się człowieka, i to w każdym z wątków. Razem z żołnierzami szukamy sposobu ucieczki z miasta, towarzyszymy rodzinie rybaków płynących swoim kutrem przez Cieśninę Kaletańską, a gdy pilot zestrzelonego samolotu podejmuje desperacką próbę wylądowania na morzu, siedzimy na skrzydle jego maszyny, wpatrując się w coraz to bliższą siną toń.
   Filmy takie, którymi ich reżyserzy sami dokonują swoistych przełomów w swych karierach, to jedne z najjaśniejszych pereł w historii kinematografii, które tworzą jej kanon. Christopher Nolan swój pierwszy egzamin z kina wojennego zaliczył śpiewająco, i z czystym sumieniem stwierdzam, że jego opowieść o żołnierzach spod Dunkierki na długo pozostanie niedoścignionym ideałem niekonwencjonalnego, „zamyślonego” kina wojennego.

niedziela, 22 października 2017

Ewangelista Stefan Król - recenzja filmu "To" (2017)

   Przenoszenie na ekran książek cieszących się statusem kultowych to od zarania dziejów X muzy zadanie karkołomne, a decyzja o sukcesie (bądź sromotnej porażce) takiego dzieła spoczywa w dużej mierze w rękach wyznawców literackiego oryginału, nierzadko dość ortodoksyjnych. A który to pisarz może się poszczycić rekordową liczbą sfilmowanych powieści? Oczywiście Stefan Król (horroru), szerzej znany jako Stephen King, który, po kilku latach posuchy, ostatnio ponownie wkroczył do kin z jednymi ze swych najobszerniejszych tomów – futurystyczną „Mroczną wieżą” i klasycznym „To” („Tym”?). Przyjrzyjmy się temu drugiemu... to znaczy, po prostu „Temu”. 
   Prowincjonalne amerykańskie miasteczka mają skłonność do stanowienia swoistych mikrokosmosów dalekozachodniego społeczeństwa. Nie inaczej wygląda to tu – w Derry, stan Maine, znajdziemy przekrój nadziei, lęków i przywar USA końca lat 80-tych. W tym piekiełku dorasta grupka chłopaków, ze względu na swój status społeczny oficjalnie mianująca siebie Klubem Frajerów. Ich wakacje zapowiadają się nad wyraz ciekawie – młodszy brat jednego z nich znika w tajemniczych okolicznościach, do Klubu dołącza tajemnicza dziewczyna i wszystkich zaczyna prześladować tajemniczy klaun imieniem Pennywise, uosobienie zła, które terroryzuje miasteczko regularnie co 27 lat. Młodzież dochodzi do wniosku, że ów groteskowy potwór ma coś wspólnego z zaginięciem braciszka, a zatem czas wyruszyć na przygodę życia i dorwać pokrakę.

   Powyższy akapit to dość ogólne streszczenie, i to w dodatku jedynie głównej, najgłówniejszej linii fabularnej. King ma zamiłowanie do faszerowania swoich opowieści tonami wątków pobocznych, często silnie osadzonych w danych realiach czasowo-społecznych. Niestety nie czytałem literackiego oryginału „Tego”, lecz opierając się na mojej znajomości „Lśnienia” i „Christine” mogę stwierdzić, że i tu mamy do czynienia z takową obszernością. Król Horroru, dzięki swoim licznym aluzjom historycznym i przypowieściom, jest swego rodzaju kronikarzem, a nawet ewangalistą Ameryki. Kubrick, ekranizując już prawie 40 lat temu dzieje Torrance'ów, dowiódł, że przy przenoszeniu słów Kinga na ruchome obrazy wykastrowanie powieści z ponad połowy treści jest niegłupim, a nawet słusznym i efektywnym pomysłem – filmowa narracja musi być spójna, a w przypadku wzbogacenia jej, powiedzmy, dziesięcioma dodatkowymi wątkami, nawet zmiana formatu na serial czy też miniserial nie uratowałaby całości. Z tą zasadą najwyraźniej nie zgadza się Andres Muschietti, padawan Guillermo del Toro, który wyprodukował jego hollywoodzki debiut pt. „Mama” z Jessicą Chastain. 
   Sposób prowadzenia narracji przez młodego hiszpańskiego reżysera w „Tym” sprawia wrażenie, jakby chciał on upchnąć w filmie właśnie jak najwięcej tych wątków pobocznych, w książce wzbogacających tło, a tu burzących ciągłość i jasność przekazu. Do tego dochodzi fakt, że King swoją powieść podzielił wewnętrznie na dwie części, ściśle ze sobą połączone. W filmie Muschiettiego, którego akcja obejmuje jedynie pierwszą część, wygląda to następująco – główna oś fabularna jest rażąco dziurawa, pozostawiając praktycznie wszystkie rodzące się podczas seansu pytania bez odpowiedzi, zupełnie jakby producenci byli pewni komercyjnego sukcesu i zielonego światła dla kontynuacji. Takie rozwiązanie miałoby sens, gdyby „To” było dyptykiem, którego druga część ukazałaby się w dość krótkim odstępie czasu od pierwszej – a na dzień dzisiejszy wiemy, że na „It: Chapter Two” musimy poczekać jeszcze bagatela dwa lata. W takim razie we wrześniu 2019 najsensowniejszą opcją będą kinowe maratony z obiema częściami „Tego”, doprawione zapewne jeszcze jakąś ekranizacją literatury Kinga. 
   Wizja artystyczna Muschiettiego również pozostawia nieco do życzenia. Reżyser ochoczo sięga po surrealistyczną groteskę, która przywołuje na myśl bardziej kino Tima Burtona niż horror z krwi i kości. Także nieskrępowane eksponowanie Zła, w dodatku w kilku możliwych wariantach, sprawia, że widz bardzo szybko pozbywa się lęku, skoro film od początku częstuje go wszystkim tym, czym później będzie próbował go straszyć. „To” AD 2017 przypomina bardziej kino nowej przygody a lá „E.T.”, „Goonies” czy chociażby niedawne „Stranger Things” (także za sprawą Finna Wolfharda, występującego w obu produkcjach). Ot, taka czysto rozrywkowa pozycja o paczce sympatycznych dzieciaków z małej mieściny, zwalczających całe zło tego świata. Sztandarowe zagrywki spod znaku współczesnego kina grozy, tj., basowe tąpnięcia i następujące zaraz po nich smyczkowe wrzaski, a także zatrzaskujące się drzwi i mroczne rudery obwieszone pajęczynami, to stanowczo za mało, aby zapewnić widzowi stałe poczucie zagrożenia. Wyżej wymienione elementy jednakże wypadają ciekawie w paru scenach, w których, przeważnie zrealizowanych w dłuższym ujęciu, pojawiający się nagle jedynie na chwilę detal zupełnie zmienia jej wydźwięk – muzyka cichnie, a oświetlenie zmienia się, zwiastując rychłe wkroczenie sił nieczystych. W takich momentach równie ciekawie zachowuje się kamera – zaczyna mozolnie zmieniać pion, zupełnie jakby za chwilę miało dojść do odwrócenia grawitacji do góry nogami. Ale, suma sumarum, to wszystko funkcjonuje na zasadzie kilku zgrabnych epitetów w nieskładnym poemacie grozy, jakim jest „To”. 
   Warsztat reżyserski Muschiettiego, wciąż jeszcze hollywoodzkiego świeżaka, nie jest na poziomie innych reżyserów, którzy podejmowali się filmowania najważniejszych powieści Kinga. Ze scenami natury horrorowej, owszem, radzi sobie całkiem nieźle (poza zbyt nachalnym pokazywaniem straszydeł w całej krasie), ale narracyjna konstrukcja całości mocno kuleje. Reżyser ma za to, prawdopodobnie, rękę do dzieci – cały Klub Frajerów gra bardzo rzetelnie i bez zbędnej przesady. Horrory z ostatnich lat to w ogóle taka mała kuźnia talentów, jako że ów gatunek lubuje się i specjalizuje w wykorzystywaniu młodych bohaterów z całą ich szczerością i niewinnością (te przymioty nie dotyczą Finna Wolfharda; jego bohater chyba urwał się z South Parku). Także Bill Skarsgard, jeden z synów Stellana, w roli diabolicznego Pennywise'a świetnie się sprawdza, umiejętnie balansując pomiędzy Szalonym Kapelusznikiem Johnny'ego Deppa a Jokerem Heatha Ledgera.
   XXI-wieczne podejście do „Tego” można, na razie, uznać za niewypał, którego powstanie było podyktowane prawdopodobnie względami czysto marketingowymi, bowiem poprzednia ekranizacja ukazała się w 1990 roku, czyli właśnie 27 lat temu. Jakaś bystra głowa w Fabryce Snów postanowiła zagrać na sentymencie i zabawić się w podpięcie rzeczywistości ekranowej do tej właściwej – Pennywise, zgodnie ze swoim kalendarzem, powrócił do kin, ale upływ czasu najwyraźniej mu nie służy. Całe szczęście, że na zakończenie jego historii nie trzeba czekać kolejne ćwierć wieku z hakiem.

poniedziałek, 18 września 2017

Jazzowa stypa - minirecenzja filmu "La La Land" (2016)


   Polski slogan reklamowy „La La Land” przykazuje, aby „kochać marzycieli”. Zgodnie ze staropolskim przysłowiem Szymborskiej należałoby dodać, że kochać ich trzeba, bo tak szybko odchodzą; „La La Land” bowiem jest i owszem, przepiękną filmową baśnią o marzeniach i miłości, ale uświadamia też, że nieważne jak szlachetne owe idee by były, koniec końców deewoluują w może nie najgorszą, ale jednak rutynę oraz wynikające z tego podświadome rozgoryczenie. Ta teoria dotyczy nie tylko bohaterów filmu, ale także jego twórcy – Damiena Chazelle'a, który (i tu już tylko moje „gdybanie”) zawiedziony docenieniem, a zarazem wręcz znieważeniem jego dzieła na gali oscarowej, pomimo szeregu najważniejszych Złotych Globów, przerzuci się na kino realistyczne. Można by tu polemizować, czy jego poprzednie dzieło - dramat „Whiplash” - jest przedstawicielem kina realistycznego; osobiście uważam, że wyciąganie sztuki (w tym przypadku muzyki) do rangi integralnego bohatera filmu narzuca porzucenie krytyki pod kątem realizmu. 
   Defetystyczny nastrój wprowadza tu głównie muzyka – radosne, taneczne kawałki z początku filmu zostają zastąpione przez melancholijne „The Fools Who Dream” w wykonaniu Emmy Stone oraz „City Of Stars” w duecie z Ryanem Goslingiem. Zarzuty odnośnie zdolności wokalnych i tanecznych ekranowej pary (a nawet urody i figury Stone) uważam za co najmniej absurdalne - czy naprawdę, oglądając to dzieło, powinno zwracać się uwagę na takie szczegóły, obchodzące mało kogo poza znawcami dziedziny? Taka krytyka mija się właśnie z artystyczną wizją Chazelle'a - „La La Land” nie jest filmem do pragmatycznej analizy, lecz do zastanowienia się nad jego przesłaniem, a ułatwia nam to bardzo dobre aktorstwo, cudowna choreografia, doskonałe zdjęcia i montaż oraz świetna reżyseria. 
   Kontrastowe recenzje „La La Land” pokazują, jak różnorodnie ukształtowani są współcześni widzowie. Błogosławieni ci, którzy dają się ponieść muzyce i bajkowej wizji świata, a po dwóch godzinach wychodzą z kina orzeźwieni i pełni pozytywnej energii; hańba tym, którzy zostali na tyle „zepsuci” przez realizm, że nie dopuszczają do siebie wizualnych przyjemności; no i w końcu biada tym, którzy znajdują w tym filmie drugie dno i traktują „La La Land” jako prawdopodobny schyłek ery amerykańskiego optymizmu na wysokim poziomie artystycznym.

A tu smakowity deser - niby reklama szkoły, ale za to jaka! Duma z rodaków! 💓 


P.S. Takich przeróbek na YouTube są setki, z całego świata! Gratuluję, panie Chazelle - pana dzieło życia jest już nieśmiertelne.

piątek, 23 czerwca 2017

Dystopia grubą krechą malowana - recenzja filmu "Gamer" (2009)

   Główny problem z ekranizacjami gier komputerowych jest taki, że nie przypadają one do gustu graczom, bo twórcy filmowi mało kiedy podchodzą do growego kanonu wystarczająco kompetentnie, tj, tak, aby zadowolić nie tylko nowych widzów, ale też wielbicieli oryginału. Mam tu na myśli przeważnie fabułę, ale jest jeszcze jedna rzecz, której brak generuje takie, a nie inne opinie wśród graczy. Oglądając niektóre „gradaptacje” można odnieść wrażenie (o ile samemu zna się dane gry), że ich twórcy nie zaprzątali sobie głowy bliższym zapoznaniem się z komputerowym protoplastą, którego przyszło im przenieść na wielki ekran, lub zrobili to jedynie bardzo pobieżnie. W ekranizacjach gier zdecydowanie brakuje stylistycznych zagrywek, które chociaż wizualnie upodobniły je do ich komputerowych oryginałów. Tego typu motywy można by chyba policzyć na palcach jednej ręki – w tej chwili do głowy przychodzą mi tylko kilkuminutowa sekwencja pod koniec ekranizacji gry „Doom” w reżyserii naszego rodaka, Andrzeja Bartkowiaka, w której akcję obserwujemy w perspektywie pierwszoosobowej oczami jednego z bohaterów, oraz scena w „BloodRayne”, w której tytułowa protagonistka ucieka z cyrku dziwadeł – na obraz zostaje wtedy nałożony filtr przypominający efekt „blood rage” z gry. Dodam, że ekranizacja ta akurat wyszła spod ręki niesławnego specjalisty od przenoszenia właśnie gier na ekrany, czyli oczywiście Uwe Bolla – widać nie taki diabeł straszny, jak go malują. 
   Tą niszę filmów „gropodobnych” (lecz, niestety, nie ekranizacji gier) szczególnie upodobało sobie trzech twórców. Pierwszy to Zack Snyder, kojarzony głównie z ekranizacjami komiksów takich jak „300” czy „Watchmen. Strażnicy” oraz perypetii flagowych bohaterów z uniwersum DC Comics. Pozostali dwaj działają w reżysersko-producencko-scenopisarskim duecie – mowa tu Marku Neveldinie i Brianie Taylorze, znanych z ich debiutanckiej „Adrenaliny”, w której można było się doszukać wielu podobieństw np. do kultowej serii gier „Grand Theft Auto”. Kolejnym dziełem panów podpisujących się wspólnie jako NEVELDINE/TAYLOR, powstałym niemalże równolegle z sequelem „Adrenaliny”, był „Gamer” - film, który jest o grach, w dodatku wygląda jak gra. Brzmi obiecująco, ale efekt okazuje się przeciętny. 
   W niedalekiej przyszłości główną rozrywką Ameryki są dwie gry – Society i Slayers. W pierwszej awatary, ogólnie rzecz ujmując, „bawią się”; w drugiej – walczą na śmierć i życie. Ich cechą wspólną jest fakt, że owe awatary to tak naprawdę żywi ludzie ze wszczepionymi nanoczipami, które umożliwiają graczom kontrolowanie ich poczynań. O ile w przypadku Society są to ochotnicy, w Slayers, już przymusowo, występują skazańcy, którym przyświeca obietnica odzyskania wolności po przeżyciu trzydziestu starć. Najlepiej z nich radzi sobie Kable (w tej roli Gerard Butler o kamiennej twarzy), sterowany przez nastoletniego Simona (Logan Lerman) – zostało im już tylko kilka bitew do ostatecznego zwycięstwa. Kable nie ma jednak zamiaru na to czekać – chce uratować żonę (Amber Valletta), uwięzioną w Society, i odzyskać córeczkę. W tym celu będzie musiał dotrzeć do twórcy obu wspomnianych gier, miliardera Kena Castle'a (diaboliczny Michael C. Hall, szerzej znany jako Dexter). 


   Neveldine i Taylor nie lubują się w szczególnie realistycznych wizjach świata, co dali już po sobie poznać przy okazji „Adrenaliny”. W „Gamerze” nie powinno to być jakoś wyjątkowo ważną kwestią, jako że akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, i to dość dystopijnej. Sęk w tym, że czy przyszłość czy teraźniejszość, czy utopia czy dystopia, też powinna być porządnie, wiarygodnie zrobiona – i to jest właśnie najsłabszy element „Gamera”. Ameryka przyszłości opiera się na do bólu utartych i klasycznych schematach, jakimi od dawna raczy nas kino, a do tego dochodzi beznadziejny wizerunek graczy, wpisujący się w najgorsze i najbardziej prymitywne stereotypy. W ten sposób twórcy zepsuli swoje dzieło w oczach prawdopodobnie większości odbiorców – zrobili film o graczach, nawet wizualnie uderzająco podobny do gry, a przedstawili ich jako spasionych dewiantów mieszkających w klitkach bez okien albo bogate, aspołeczne dzieciaki. Pozostałe postacie również niespecjalnie wkupują się we względy widza – demoniczny bogacz, dążący do przejęcia władzy (a gdzie jest rząd?) i szlachetna grupa hakerów, walczących o prawdę i wolność oraz starających się oświecić społeczeństwo. Nawiązując raz jeszcze do fabuły i tematyki filmu, można powiedzieć, że nastąpiło tu zmniejszenie wagi treści ze względu na formę, która, w przeciwieństwie do historii, jest w przypadku „Gamera” prawdziwym majstersztykiem w swojej klasie. 


   Zacznę trochę nietypowo – moim zdaniem Mark Neveldine powinien opatentować kręcenie podczas jazdy na rolkach. Z jednej strony jest to dość dziwne i na pewno w jakimś stopniu niebezpieczna (zarówno dla operatora, jak i kamery), ale z drugiej daje niespotykanie dynamiczny efekt. Podczas finałowego pojedynku Kable'a z Castlem kamera z zawrotną prędkością krąży dookoła nich – to właśnie Neveldine na rolkach. Kable biegnie przez zrujnowane miasto w trakcie bitwy i niezmiennie pozostaje w pełnym planie w prawej połowie kadru – to znowu Nevledine. To także jedno z tych ujęć, które nawiązują do pracy kamery w grze komputerowej i których w „egranizacjach” jest jak na lekarstwo, a tu występują dość często. Kamera leci nad strzelającymi do siebie skazańcami w magazynie – to nie dron, nie kran, lecz właśnie Neveldine wiszący na uprzęży. To już poniekąd znak firmowy NEVELDINE/TAYLOR – autorami zdjęć do ich filmów są różni ludzie, ale to zawsze oni sami są pierwszymi operatorami kamery. Ogólnie od strony technicznej „Gamer” trzyma bardzo wysoki poziom jak na środki, które zostały na niego przeznaczone. Budżet filmu wynosił pięćdziesiąt milionów dolarów, a można odnieść wrażenie, że to, co się dzieje na ekranie, kosztowało co najmniej dwa razy więcej. 


   „Gamerowi” daleko do ideału czy chociażby świetności, ale to i tak dalej kawał porządnego kina akcji. Jeśli męczą was drętwe ekranizacje gier, to zdecydowanie dajcie mu i pozostałym produkcjom Nevelidne'a i Taylora szansę; mam tylko nadzieję, że nie obrazicie się tu na nich jako gracze za spłycenie i tragikomicznie karykaturalne przedstawienie waszego [ naszego ;) ] wizerunku.

środa, 17 maja 2017

Zimna wojna ma się dobrze - recenzja filmu "W sieci" (2016)

  Przez pojęcie „zimna wojna” rozumie się walkę pomiędzy Wschodem a Zachodem w latach 1945-89. Szpiegostwo, demonstracje potęgi militarnej, propaganda etc. Oficjalnie skończyło się to w momencie rozpadu bloku wschodniego, ale wiadomo, że praktyki te są nadal kontynuowane, niezależnie od zmian ustrojowych. Jest jeszcze takie miejsce, po drugiej stronie globu, w którym zimna wojna działa w niemalże niezmienionej formie od zakończenia II wojny światowej. Dwa sąsiednie państwa, które łączy półwysep, na którym się znajdują, oraz główny człon ich nazwy i chęć udowodnienia wyższości nad sąsiadem, a dzieli pas zieleni... i w sumie wszystko inne. 
  Na rzece przepływającej przez granicę pomiędzy Koreą Północną a Południową zwykł łowić prosty rybak, Nam Chul-Woo. Wie, jak daleko wolno mu wypłynąć; pilnujący północnej granicy żołnierze już go znają. Aż tu pewnego dnia sieć wplątuje się w silnik, który ulega awarii, a bezbronny Nam z prądem rzeki dociera na brzeg należący już do Korei Południowej. Tamtejsi strażnicy przewożą go do Seulu, gdzie zostanie mu postawiony zarzut szpiegostwa na rzecz Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej*... 
  Robienie filmu o Korei Północnej to z miejsca wsadzanie kija w mrowisko, do którego nomen-omen wcale nie tak łatwo zajrzeć. Krainę Kim Dzong Una znamy jedynie z nielicznych filmów dokumentalnych i reportaży. Obraz Kim Ki-Duka nie skupia się jednak na generalnym obrazie obu państw Półwyspu Koreańskiego – przestrzeń, w której rozgrywa się akcja, jest ograniczona, wręcz duszna, poczynając od pokoju przesłuchań, a na wąskich ulicach Seulu kończąc. Ta „ciasnota” poniekąd pokrywa się ze stanem psychicznym bohatera, rzuconego na pożarcie obcemu światu, do którego od najmłodszych lat wpajano mu pogardę, z którą wiąże się także zwykły ludzki lęk przed nieznanym i troska o pozostawioną na pastwę mściwego reżimu rodzinę. Ki-Duk jednak ani nie demonizuje tu Północy, ani nie gloryfikuje Południa – świadczą o tym wymowne sceny przesłuchiwania Nama po obu stronach Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej (wspomniany w pierwszym akapicie pas zieleni), które różnią się od siebie szybkością sięgnięcia po przemoc jako środek perswazji. Sugestywna jest też rozmowa bohatera z seulską prostytutką, która wytyka swojemu rządowi nierzadko większą troskę o uciekinierów z Północy niż o własnych obywateli. Trochę nieprzyjemnie przypomina to kryzys imigracyjny w Europie, a zwłaszcza za naszą zachodnią granicą. Także samą rzekę, na której łowi Nam, można porównać do berlińskiego mostu Glienicke, szerzej znanego jako „most szpiegów”. Ciekawego wyrazu całości nadają też zdjęcia, wyglądające jakby były kręcone smartfonem lub domową kamerą cyfrową – widać to po lekkich zakłóceniach, specyficznej ostrości i surowym oświetleniu. 
  Konstrukcja postaci również jest nie bez znaczenia. Tak to jest z tym kinem szpiegowskim (do którego, jakby nie patrzeć, należy „W sieci”), że w głowie widza powinna cały czas czaić się gdzieś z tyłu koncepcja, że ofiara wywiadu w każdej chwili może okazać się prawdziwym szpiegiem – tak właśnie patrzyłem na Nama, który wraz z kolejnymi etapami przesłuchania ujawnia coraz więcej ze swojej przeszłości i poznaje zasady, a nawet próbuje życia w Korei Południowej. Przesłuchujący go detektyw, pomimo dość młodego wieku (wygląda na około trzydziestki), zachowuje się jak rasowy wyga, a to z powodu gorzkich doświadczeń ze swojego poprzedniego, zakończonego zupełną klęską śledztwa, co w moich oczach upodabnia go do takiego stereotypowego podstarzałego nazisty czy też socjalisty, w którym ideologia wytrzymała swój rzeczywisty upadek i próbę czasu. Jin-Woo natomiast, niczym żywcem wzięty z k-popowego boysbandu młodziutki pracownik wywiadu i personalny strażnik Nama, reprezentuje tu typowego idealistę, wychowanego w duchu empatii, wiary i zrozumienia. Piękny jest też wątek, gdy w rozmowie młody wyjawia swojemu „podopiecznemu”, że jego dziadek, tj. Jin-Woo, był imigrantem z Północy – to tak jak większość współczesnych Europejczyków znajdzie w swoim drzewie genealogicznym jakiegoś Żyda. 
  Główny bohater o uciekinierach z KRLD mówi „dezerterzy”. Tak się tam ich nazywa, bo Korea Północna to bardziej armia niż kraj; tam obywatel od urodzenia jest na obowiązkowej, dożywotniej służbie. 

* Tak brzmi oficjalna, pełna nazwa Korei Północnej, używana na co dzień przez jej obywateli.