Przez pojęcie „zimna wojna”
rozumie się walkę pomiędzy Wschodem a Zachodem w latach 1945-89.
Szpiegostwo, demonstracje potęgi militarnej, propaganda etc.
Oficjalnie skończyło się to w momencie rozpadu bloku wschodniego,
ale wiadomo, że praktyki te są nadal kontynuowane, niezależnie od
zmian ustrojowych. Jest jeszcze takie miejsce, po drugiej stronie
globu, w którym zimna wojna działa w niemalże niezmienionej formie
od zakończenia II wojny światowej. Dwa sąsiednie państwa, które
łączy półwysep, na którym się znajdują, oraz główny człon
ich nazwy i chęć udowodnienia wyższości nad sąsiadem, a dzieli
pas zieleni... i w sumie wszystko inne.
Na rzece przepływającej przez
granicę pomiędzy Koreą Północną a Południową zwykł łowić
prosty rybak, Nam Chul-Woo. Wie, jak daleko wolno mu wypłynąć;
pilnujący północnej granicy żołnierze już go znają. Aż tu
pewnego dnia sieć wplątuje się w silnik, który ulega awarii, a
bezbronny Nam z prądem rzeki dociera na brzeg należący już do
Korei Południowej. Tamtejsi strażnicy przewożą go do Seulu, gdzie
zostanie mu postawiony zarzut szpiegostwa na rzecz Koreańskiej
Republiki Ludowo-Demokratycznej*...
Robienie filmu o Korei Północnej to
z miejsca wsadzanie kija w mrowisko, do którego nomen-omen wcale nie
tak łatwo zajrzeć. Krainę Kim Dzong Una znamy jedynie z
nielicznych filmów dokumentalnych i reportaży. Obraz Kim Ki-Duka
nie skupia się jednak na generalnym obrazie obu państw Półwyspu
Koreańskiego – przestrzeń, w której rozgrywa się akcja, jest
ograniczona, wręcz duszna, poczynając od pokoju przesłuchań, a na
wąskich ulicach Seulu kończąc. Ta „ciasnota” poniekąd pokrywa
się ze stanem psychicznym bohatera, rzuconego na pożarcie obcemu
światu, do którego od najmłodszych lat wpajano mu pogardę, z
którą wiąże się także zwykły ludzki lęk przed nieznanym i
troska o pozostawioną na pastwę mściwego reżimu rodzinę. Ki-Duk
jednak ani nie demonizuje tu Północy, ani nie gloryfikuje Południa
– świadczą o tym wymowne sceny przesłuchiwania Nama po obu
stronach Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej (wspomniany w
pierwszym akapicie pas zieleni), które różnią się od siebie
szybkością sięgnięcia po przemoc jako środek perswazji.
Sugestywna jest też rozmowa bohatera z seulską prostytutką, która
wytyka swojemu rządowi nierzadko większą troskę o uciekinierów z
Północy niż o własnych obywateli. Trochę nieprzyjemnie
przypomina to kryzys imigracyjny w Europie, a zwłaszcza za naszą
zachodnią granicą. Także samą rzekę, na której łowi Nam, można
porównać do berlińskiego mostu Glienicke, szerzej znanego jako
„most szpiegów”. Ciekawego wyrazu całości nadają też
zdjęcia, wyglądające jakby były kręcone smartfonem lub domową
kamerą cyfrową – widać to po lekkich zakłóceniach,
specyficznej ostrości i surowym oświetleniu.
Konstrukcja postaci również jest nie
bez znaczenia. Tak to jest z tym kinem szpiegowskim (do którego,
jakby nie patrzeć, należy „W sieci”), że w głowie widza
powinna cały czas czaić się gdzieś z tyłu koncepcja, że ofiara
wywiadu w każdej chwili może okazać się prawdziwym szpiegiem –
tak właśnie patrzyłem na Nama, który wraz z kolejnymi etapami
przesłuchania ujawnia coraz więcej ze swojej przeszłości i
poznaje zasady, a nawet próbuje życia w Korei Południowej.
Przesłuchujący go detektyw, pomimo dość młodego wieku (wygląda
na około trzydziestki), zachowuje się jak rasowy wyga, a to z
powodu gorzkich doświadczeń ze swojego poprzedniego, zakończonego
zupełną klęską śledztwa, co w moich oczach upodabnia go do
takiego stereotypowego podstarzałego nazisty czy też socjalisty, w
którym ideologia wytrzymała swój rzeczywisty upadek i próbę
czasu. Jin-Woo natomiast, niczym żywcem wzięty z k-popowego
boysbandu młodziutki pracownik wywiadu i personalny strażnik Nama,
reprezentuje tu typowego idealistę, wychowanego w duchu empatii,
wiary i zrozumienia. Piękny jest też wątek, gdy w rozmowie młody
wyjawia swojemu „podopiecznemu”, że jego dziadek, tj. Jin-Woo,
był imigrantem z Północy – to tak jak większość współczesnych
Europejczyków znajdzie w swoim drzewie genealogicznym jakiegoś
Żyda.
Główny bohater o uciekinierach z
KRLD mówi „dezerterzy”. Tak się tam ich nazywa, bo Korea
Północna to bardziej armia niż kraj; tam obywatel od urodzenia
jest na obowiązkowej, dożywotniej służbie.
* Tak brzmi oficjalna, pełna nazwa
Korei Północnej, używana na co dzień przez jej obywateli.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz