niedziela, 29 lipca 2018

Wszystko albo nic - recenzja filmu "Captain Fantastic" (2016)

   Sposobów na zbawienie świata może być kilka. Jedni upatrywaliby tego celu w coraz to intensywniejszym rozwijaniu, rozbudowywaniu i zaludnianiu naszej planety; inni zaś, zgoła odwrotnie, postulowaliby powrót „do korzeni” - do życia w ścisłej symbiozie z naturą, opartej na bezpośrednim, acz racjonalnym wykorzystywaniu jej dóbr i zasobów. Niezależnie jednak od tego, po której stronie Ty, ona, on czy ja się opowiemy, zawsze będzie nas pociągała ta druga opcja, chociażby na zasadzie wątpliwości – czy na pewno słusznie postępujemy? Może da się lepiej; coś więcej zrobić? Do najlepszych wniosków człowiek dochodzi podobno metodą prób i błędów, ale od tych prób często odwodzi nas lęk przed popełnieniem błędu właśnie, albo wstyd związany ze „zdradzeniem”swojego dotychczasowego stanowiska w danej sprawie. No i zbawienie zbawieniem, ale poważnie, jeśli coś ma nas zgubić, to będzie ten moment zawahania.
   Jak można żyć poza cywilizacją i społeczeństwem? Ano, trzeba podjąć silną, radykalną decyzję i wytrwać w postanowieniu zerwania z systemem. Ale można się też w takich warunkach urodzić, i ten przypadek już szczególnego samozaparcia nie wymaga, jako że alternatywa jest nam obca. Ben (Viggo Mortensen) wiele lat temu postanowił wraz z żoną zamieszkać w lesie. Tam też, z dala od cywilizacyjnego zgiełku, przyszło im szczęśliwie wychować szóstkę dzieci. Poznajemy ich, gdy w ich idyllicznym świecie pojawia się pierwszy zgrzyt – matka udaje się do szpitala z powodu tajemniczej choroby. Kilka dni później, przez siostrę Bena (z „tamtego” świata, zewnętrznego), dociera do nich druzgocąca informacja – matka popełniła samobójstwo, co było ściśle związane z jej chorobą dwubiegunową. Udział w pogrzebie (czego stanowczo nie życzy sobie ojciec zmarłej, bogaty i wpływowy prawnik) oznacza dla dzieci pierwszą w ich życiu konfrontację ze światem spoza lasu.


   Reżyser i scenarzysta, Matt Ross („28 pokoi hotelowych”), konsekwentnie buduje nieskazitelny wręcz wizerunek stylu życia bohaterów, dopóki nie dochodzi do ich nieuniknionego zderzenia z przeciętną amerykańską mentalnością. „Captain Fantastic” świetnie wypada w kwestii unaocznienia przykrego paradoksu, który generuje rozmaite konflikty na linii Ben i jego dzieci – reszta ich rodziny. Światopoglądy zostają zestawione na zasadzie zupełnego kontrastu; Ben wpaja dzieciom sztukę przetrwania, obdarowuje je nożami i łukami, uczy podstaw amerykańskiego systemu politycznego, a także wolnomyślicielstwa, tu wspierając się literaturą klasyczną i traktatami filozoficznymi, podczas gdy wśród reszty jego rodziny bryluje model liceum-studia-praca-chrześcijaństwo. Duży plus dla filmu za solidne podkreślenie tego paradoksu i (szkoda, że niezbyt wyraźne) podsunięcie sugestii, że wynika on z idiotycznej radykalności owych postaw życiowych. Obie strony zażarcie bronią swoich racji w okazjonalnych dyskusjach, przeważnie przeradzających się w ostre kłótnie, oparte nie na logicznych argumentach, a na rzeczowych dowodach. I o ile lepiej by to wypadło, gdyby reżyser ograniczył się do zostawienia tego w ten sposób, dając widzowi możliwość samodzielnego rozstrzygnięcia, która opcja ma rację; lecz zamiast tak pożądanej przy dyskusyjnych tematach obiektywności, survivalowo-proekologiczna postawa Bena stale jest nam podsuwana jako ta lepsza, ciekawsza, bardziej romantyczna i przez to atrakcyjniejsza. Tak się dzieje praktycznie od sekwencji otwierającej, która jeszcze przed wybrzmieniem pierwszej kwestii dialogowej daje nam do zrozumienia, że polowanie na jelenia to nie plebejska rozrywka od święta. Z kolei nieuniknione zmiany, zachodzące w postrzeganiu świata przez Bena, zdają się być nie tyle wynikiem jego coraz silniejszych wątpliwości co do swoich racji i luzowania podejścia do życia, co raczej zwykłą uległością w opresyjnej sytuacji (cała rodzina wmawia mu, że krzywdzi dzieci, młodszy syn obwinia go o śmierć matki, a najstarszy chce iść na studia), czemu dodatkowe sięganie przez reżysera po tak tanie chwyty podkreślające duchową przemianę jak elementy fizyczne (zgolenie krzaczastej brody Bena czy postrzyżyny jego pierworodnego) nieintencjonalnie nadaje nieco sztampowy charakter. Mniej więcej przez takie koleiny losu ojciec-omnibus zostaje doprowadzony do finał tej historii, w którym zdaje się, bez słów, zadawać sobie (i nam) pytanie: czy jego dzieci potrzebują jeszcze w ogóle ojca? 

wtorek, 3 kwietnia 2018

Z kamerą donikąd - recenzja filmu "American Honey" (2016)

   Ile amerykańskich filmów, tyle twarzy amerykańskiego snu, bowiem Amerykanie to naród nade wszystko skupiony na sobie, na dobre i na złe. Potrafią się chwalić nawet korupcją, demoralizacją i biedą – ważne, że swoją, i zawsze wyciągają z niej jakieś pozytywne wnioski. Symboliczny amerykański sen równie często bywa więc może jeszcze nie koszmarem, ale na pewno snem, z którego prędzej czy później chcesz się obudzić. 
   Bohaterka szlagiera „American Honey” Lady Antebellum z amerykańskiego snu pragnie wyrwać się do amerykańskiego wyścigu szczurów, ale gdy będzie w nim jej źle, zawsze może myślami wrócić do snu. Bohaterka filmu Andrei Arnold pod tym samym tytułem też się wyrywa, tyle że raczej z koszmaru, a wolność, którą miała dać jej ta ucieczka, okazuje się być cokolwiek gorzka i zwyczajnie względna. Życie Star, bo tak jej na imię (świetna debiutantka znikąd, Sasha Lane), w koczowniczej grupie społecznych wyrzutków żyjących ze sprzedaży ekskluzywnych czasopism, zdaje się mieć tylko jeden cel – zbliżyć się do charyzmatycznego Jake'a (Shia LaBeuof), guru tych outsiderów. Problem w tym, że zdaje się on siedzieć pod pantoflem Krystal (Riley Keough, wnuczka Elvisa Presleya), oziębłej szefowej-opiekunki grupy. 
 
   Krótko i jasno - „American Honey” jest filmem do bólu surowym i eksperymentalnym, który sporą część widzów zniechęci po pół godziny (a trwa – uwaga – ponad dwie i pół). Pełno to luźnych dialogów o niczym i kontemplacji prozaicznych detali świata przedstawionego, a całość ma charakter jakby paradokumentalnego kina drogi – pamiętnika, w którym kamera jest zwykłym świadkiem, niemym uczestnikiem tej podróży donikąd. Ta obszerność prawdopodobnie wynika z założenia reżyserki-scenarzystki, że to wszystko prosto „z życia wzięte” i musi tu być, bo musi być i już. Grzech numer jeden filmów stawiających sobie za cel jak najwierniejsze odwzorowanie rzeczywistości – za dużo wszystkiego, przez co fabuła się rozłazi niemiłosiernie i stopniowo przestaje interesować widza. Jest jednak w tej ewangelii marginesu parę swoistych perełek (szukanie świeżego jedzenia w śmietniku pod supermarketem, wspólne śpiewanie w vanie, mistrz marketingu Jake w swoim żywiole), i choć co najmniej jedną czwartą filmu zostawiłbym w montażowni, nie mogę powiedzieć, że „American Honey” wali kulą w płot. Ta historia nie buduje napięcia, ale budzi ciekawość i, trochę współdzieloną z bohaterami, niepewność jutra, a to wszystko między innymi za sprawą trafionej obsady, z której tylko LaBeuof i Keough mają jakieś konkretne doświadczenie przed kamerą – reszta to naturszczycy, z ujmującą Sashą Lane na czele. Ważną rolę pełni także ścieżka dźwiękowa, na której dominuje smętny, czarny rap o balowaniu, ćpaniu i ruchaniu – czyli o tym amerykańskim śnie, o którym cicho marzą bohaterowie i który starają się realizować na bieżąco, w miarę możliwości. Amerykańska ziemia, po której podróżują, jest natomiast zaskakująco pusta i płaska, wręcz wyludniona, jakby to wszystko działo się z dala od „wielkiego świata”. Trudno mi też rozstrzygnąć stanowisko filmu wobec swoich bohaterów i ich zachowań, decyzji – ten wspomniany dokumentalny charakter czyni z „American Honey” nie komentarz, lecz bardziej reportaż o tzw. „white trash”. 



sobota, 24 lutego 2018

Überfilm - recenzja filmu "Drive" (2011)

   Czy w XXI wieku figura długiego trwania „rycerza w lśniącej zbroi na białym koniu” ma jeszcze rację bytu? Mainstream ochoczo woła „oczywiście, że tak!”, podczas gdy off po swojemu buczy „nieee”. A może jest jakiś złoty środek? Coś, co nie zaprzecza stanowczo jak off, ale też nie wrzeszczy tak nachalnie jak mainstream? Czy istnieje ideał? Odpowiedź brzmi: tak, a Nicolas Winding Refn przedstawił go nawet na kilku płaszczyznach swojego amerykańskiego debiutu.
   Bezimienny bohater (Ryan Gosling) za dnia pracuje jako kierowca-kaskader w Hollywood, a po nocach dorabia wożąc gangsterów na napady i bezbłędnie uciekając potem policji. W jego (bardzo) cichym i (niespotykanie) spokojnym życiu pojawia się nagle urocza sąsiadka (Carey Mulligan), samotnie wychowująca małego synka i czekająca na wyjście męża (Oscar Isaac) z więzienia. Gdy wspomniany delikwent wraca na rodzinne łono, prosi naszego cichego herosa o pomoc w wykaraskaniu się z przyniesionych zza krat długów. I tu kończy się dotychczasowa sielanka...


   Przyznaję się sam przed sobą – jest to sztampowa historia, i to sztampowa w opór. Kino akcji klasy B jest już bardziej urozmaicone i ma w sobie więcej życia... ale siła „Drive'a” tkwi w tym właśnie, że ten film ma w sobie tyle życia, ile jego główny bohater – autystyczny romantyk, cokolwiek enigmatyczny, prawdopodobnie niedojrzały emocjonalnie i z okazjonalnymi skłonnościami psychopatycznymi. On nadaje temu filmowi rytm i tempo; powiedziałbym, że Refn czyni go wręcz swoim alter ego po drugiej stronie kamery. Gosling, tu w bezdyskusyjnie życiowej roli (a także pierwszej roli amanta z prawdziwego zdarzenia, co miało swoje konsekwencje), daje popis aktorskiej samokontroli i podejrzanie uśmiechniętego niemowę gra bez krzty pretensjonalności czy przerysowania. Historia i bohater stanowią w „Drive” jedność – dwie trzecie akcji toczy się poniżej przepisowej prędkości, a najbardziej żywą reakcją ze strony drivera jest powolny, milczący uśmiech od ucha do ucha. Kiedy jednak pojawia się zagrożenie, cały ten stoicyzm idzie się kochać, a że dotychczas był spokój, to każde podniesienie przez Goslinga głosu, podejrzliwe czy krzywe spojrzenie jego oczu, albo – olaboga! – sięgnięcie po przemoc dosłownie wbija widza w fotel. Duńska szkoła budowania napięcia – to lubię. No i przecież jest to mężczyzna idealny – gdy kobieta potrzebuje pomocy, on rzuca wszystko, przywdziewa kremową kurtkę ze złotym skorpionem na plecach i sam jeden rzuca wyzwanie mafii. Jak go tu nie lubić...


   Od Goslinga nie odstaje też reszta obsady. W zasadzie „Drive” opiera się na przeczuciach, wspólnych dla widza i głównego bohatera, a budzą się one dzięki wybornie zagranej reszcie postaci. Ich spojrzenia i wyrazista mimika bardziej niż słowa tworzą ich różne, ale jednako tajemnicze i niepokojące charaktery. Przejmująca jest zwłaszcza Carey Mulligan jako Irene – młoda, urocza i niewinna, ale brutalnie doświadczona przez los, całą sobą błagająca o okazanie minimum wsparcia i empatii. Oscar Isaac, mistrz na długo zapadających w pamięć ról drugoplanowych, jako jej partner, człowiek autentycznie niepokojący i o niejasnych intencjach, tworzy tu kolejną po „Sucker Punch” i „Ex Machinie” kreację, przez którą jeszcze bardziej nie mogę doczekać się jego pierwszej wielkiej roli arcyłotra lub arcyherosa (osobiście wolałbym łotra). Scena wspólnego posiłku ich trojga – Goslinga, Mulligan i Isaaca – to absolutna perełka; obłędny pojedynek na ukryte, nieśmiałe, błagające spojrzenia, wsparty do zenitu podnoszącą napięcie muzyką i doskonałym montażem. Jest jeszcze Bryan Cranston jako szef bohatera, zatrudniający go w warsztacie (Gosling złota rączka, wiadomo) i załatwiający samochody do pracy zarówno dziennej, jak i nocnej – postać w pewnym momencie tragiczna, swoista figura ojca, może trochę oschłego i znerwicowanego, ale nade wszystko troskliwego.

   Elementem zapewniającym „Drive” nieśmiertelność w sercach wielu widzów jest też niewątpliwie ścieżka dźwiękowa, zarówna ta dobrana, jak i skomponowana. Sekwencje z podkładem „Nightcall” Kavinsky'ego i Lovefoxxx oraz „A Real Hero” College i Electric Youth mogą być bez problemu samodzielnymi teledyskami. Także pulsująca muzyka Cliffa Martineza nie dość, że doskonale współgra z obrazem, to także zostaje w uszach na długo po seansie i autentycznie chce się do niej wracać, żeby znowu, chociaż na chwilę i tylko częściowo poczuć to... „coś”. To, czym jest „Drive” - metronomem serca widza.


Czuję się zobowiązany podlinkować jeszcze wspomniane teledyskowe sceny; bierzcie i dzielcie się, albowiem są one piękne: