poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Oko prawdę Ci powie - recenzja filmu "Neon Demon" (2016)

  Urocza, szesnastoletnia Jesse (siedemnastoletnia Elle Fanning, na zdj. poniżej) uważa, że nie ma żadnych wyjątkowych talentów, a jej najważniejszym atutem jest uroda. Przyjeżdża więc do Los Angeles, aby rozpocząć karierę modelki. Poznaje przy tym początkującego fotografa Deana (Karl Glusman), wizażystkę Ruby (Jena Malone) oraz modelki Gigi (Bella Heathcote) i Sarah (Abbey Lee). I tak oto kolejne niewinne dziewczę z prowincji zanurza się w bagnie zawiści, zazdrości i obłędu, z którego rzadko wychodzi się „z tarczą”. 

 
  Nicolas Winding Refn już przy okazji „Drive” pokazał, że europejski twórca w Ameryce może dalej robić filmy w stylu europejskim - bez setek wybuchów, dynamicznej fabuły, efekciarskich zdjęć i arcyekspresyjnej gry aktorskiej. „Neon Demon”, podobnie jak amerykański debiut jego twórcy, jest do bólu statyczny i, za przeproszeniem, wręcz ślamazarny, zarówno w kontekście prowadzenia fabuły, jak i „obrazowania” jej. Dialogi opierają się na zdawkowych pytaniach i odpowiedziach, bohaterowie praktycznie wcale się nie unoszą – każdy krzyk w tym filmie jest swego rodzaju zaskoczeniem. Co miłe, „Neon Demon” pobłażliwie traktuje stereotypy dotyczące modelek (dziwki, anorektyczki). W całym filmie są tylko dwie rozmowy poruszające te tematy i są one dosyć krótkie oraz nie mają większego znaczenia dla historii; łatwo też wtedy szybko wychwycić, kto żartuje, drwi albo kłamie. Duży szacunek ode mnie dla Refna za zrobienie takiego filmu bez epatowania nagością i seksem, i fizycznością w ogóle. Pomimo atrakcyjnego, „gorącego” tematu, jest on po prostu zimny, skromny. Spora w tym zasługa bardzo dobrych zdjęć Natashy Braier – statycznych, bawiących się oświetleniem, lustrami i przestrzenią. 



  Pomimo tego całego „spokoju”, „Neon Demon” momentami przypomina koszmarny sen albo jakąś wizję po „kwasie”, ale nie jest przy tym surrealistyczny. Dzieją się rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się naprawdę, czy tylko w wyobraźni Jesse. Do tego transowa muzyka Cliffa Martineza, w połączeniu z jasnym, pulsującym światłem, działa niemalże hipnotyzująco i świetnie buduje napięcie. Epileptycy, strzeżcie się. Po takich scenach zazwyczaj następuje coś w miarę normalnego, tzn. bez muzyki i ze spokojnym oświetleniem. Film chwilami zahacza też o horror – i taki klasyczny („coś jest w moim pokoju”), i taki, w którym psychopaci z nożami ganiają się po wielkim, pustym domu. 

 
  Jestem głęboko poruszony historią Jesse. Główna bohaterka od początku wzbudza sympatię swoją normalnością w toksycznym środowisku, do którego wchodzi zdecydowanie, acz z leksza nieśmiało. Poznaje osoby, których intencje i zamiary wobec niej do ostatniej chwili nie są jasne. Koniec jej historii był dla mnie naprawdę niewiarygodny i chyba jeszcze niezupełnie do mnie dotarło to, co zaszło. „Tragedia” byłaby tu chyba w miarę adekwatnym określeniem; i cokolwiek sobie teraz wyobrazisz, Drogi Czytelniku – nie, to nie to, to coś jeszcze tragiczniejszego, gorszego. Wyrazy uznania dla Elle Fanning, jeszcze będą z niej ludzie. Jesse w jej wykonaniu świetnie przechodzi z sympatycznej, prostej dziewczyny w zimną i egocentryczną „woskową figurę”. Poza nią chciałbym jeszcze wyróżnić Jenę Malone jako Ruby (na zdj. powyżej po prawej). To jest ten najbardziej tajemniczy rodzaj postaci drugoplanowej, która, o ile jest dobrze zagrana, w oczach widza staje na równi z główną bohaterką. I na stałe zapisuje się w pamięci, dzięki takim scenom jak na przykład ta druga w kostnicy. 
  Jeden ze sloganów reklamowych „Neon Demon” stawiał dwa pytania retoryczne: „Czy to tylko piękny sen? A może wstęp do koszmaru?”. Dla mnie jedno i drugie, chociaż tego pierwszego jest zdecydowanie więcej, i jest to naprawdę przepiękne, a to drugie gwałtownie się zaczyna i jeszcze gwałtowniej kończy. Refn, czym ci ta biedna Jesse zawiniła, że zafundowałeś jej taki koniec?!


OSTRZEŻENIE: „Neon Demon” bywa porównywany do „Mulholland Drive”. Nie dajcie się zwieść! Oba te filmy wprawdzie mają niektóre cechy wspólne (LA, wątek robienia kariery, żądza, zazdrość), ale w gruncie rzeczy są zupełnie różne, zarówno od strony wizualnej, jak i sposobu prowadzenia narracji. Ach, ten marketing...

1 komentarz: