Ile amerykańskich filmów, tyle
twarzy amerykańskiego snu, bowiem Amerykanie to naród nade wszystko
skupiony na sobie, na dobre i na złe. Potrafią się chwalić nawet
korupcją, demoralizacją i biedą – ważne, że swoją, i zawsze
wyciągają z niej jakieś pozytywne wnioski. Symboliczny amerykański
sen równie często bywa więc może jeszcze nie koszmarem, ale na
pewno snem, z którego prędzej czy później chcesz się obudzić.
Bohaterka szlagiera „American Honey”
Lady Antebellum z amerykańskiego snu pragnie wyrwać się do
amerykańskiego wyścigu szczurów, ale gdy będzie w nim jej źle,
zawsze może myślami wrócić do snu. Bohaterka filmu Andrei Arnold
pod tym samym tytułem też się wyrywa, tyle że raczej z koszmaru,
a wolność, którą miała dać jej ta ucieczka, okazuje się być
cokolwiek gorzka i zwyczajnie względna. Życie Star, bo tak jej na
imię (świetna debiutantka znikąd, Sasha Lane), w koczowniczej
grupie społecznych wyrzutków żyjących ze sprzedaży ekskluzywnych
czasopism, zdaje się mieć tylko jeden cel – zbliżyć się do
charyzmatycznego Jake'a (Shia LaBeuof), guru tych outsiderów.
Problem w tym, że zdaje się on siedzieć pod pantoflem Krystal
(Riley Keough, wnuczka Elvisa Presleya), oziębłej
szefowej-opiekunki grupy.
Krótko i jasno - „American Honey”
jest filmem do bólu surowym i eksperymentalnym, który sporą część
widzów zniechęci po pół godziny (a trwa – uwaga – ponad dwie
i pół). Pełno to luźnych dialogów o niczym i kontemplacji
prozaicznych detali świata przedstawionego, a całość ma charakter
jakby paradokumentalnego kina drogi – pamiętnika, w którym kamera
jest zwykłym świadkiem, niemym uczestnikiem tej podróży donikąd.
Ta obszerność prawdopodobnie wynika z założenia
reżyserki-scenarzystki, że to wszystko prosto „z życia wzięte”
i musi tu być, bo musi być i już. Grzech numer jeden filmów
stawiających sobie za cel jak najwierniejsze odwzorowanie
rzeczywistości – za dużo wszystkiego, przez co fabuła się
rozłazi niemiłosiernie i stopniowo przestaje interesować widza.
Jest jednak w tej ewangelii marginesu parę swoistych perełek
(szukanie świeżego jedzenia w śmietniku pod supermarketem, wspólne
śpiewanie w vanie, mistrz marketingu Jake w swoim żywiole), i choć
co najmniej jedną czwartą filmu zostawiłbym w montażowni, nie
mogę powiedzieć, że „American Honey” wali kulą w płot. Ta
historia nie buduje napięcia, ale budzi ciekawość i, trochę
współdzieloną z bohaterami, niepewność jutra, a to wszystko
między innymi za sprawą trafionej obsady, z której tylko LaBeuof i
Keough mają jakieś konkretne doświadczenie przed kamerą –
reszta to naturszczycy, z ujmującą Sashą Lane na czele. Ważną
rolę pełni także ścieżka dźwiękowa, na której dominuje
smętny, czarny rap o balowaniu, ćpaniu i ruchaniu – czyli o tym
amerykańskim śnie, o którym cicho marzą bohaterowie i który
starają się realizować na bieżąco, w miarę możliwości.
Amerykańska ziemia, po której podróżują, jest natomiast
zaskakująco pusta i płaska, wręcz wyludniona, jakby to wszystko
działo się z dala od „wielkiego świata”. Trudno mi też
rozstrzygnąć stanowisko filmu wobec swoich bohaterów i ich
zachowań, decyzji – ten wspomniany dokumentalny charakter czyni z
„American Honey” nie komentarz, lecz bardziej reportaż o tzw.
„white trash”.


