środa, 17 maja 2017

Zimna wojna ma się dobrze - recenzja filmu "W sieci" (2016)

  Przez pojęcie „zimna wojna” rozumie się walkę pomiędzy Wschodem a Zachodem w latach 1945-89. Szpiegostwo, demonstracje potęgi militarnej, propaganda etc. Oficjalnie skończyło się to w momencie rozpadu bloku wschodniego, ale wiadomo, że praktyki te są nadal kontynuowane, niezależnie od zmian ustrojowych. Jest jeszcze takie miejsce, po drugiej stronie globu, w którym zimna wojna działa w niemalże niezmienionej formie od zakończenia II wojny światowej. Dwa sąsiednie państwa, które łączy półwysep, na którym się znajdują, oraz główny człon ich nazwy i chęć udowodnienia wyższości nad sąsiadem, a dzieli pas zieleni... i w sumie wszystko inne. 
  Na rzece przepływającej przez granicę pomiędzy Koreą Północną a Południową zwykł łowić prosty rybak, Nam Chul-Woo. Wie, jak daleko wolno mu wypłynąć; pilnujący północnej granicy żołnierze już go znają. Aż tu pewnego dnia sieć wplątuje się w silnik, który ulega awarii, a bezbronny Nam z prądem rzeki dociera na brzeg należący już do Korei Południowej. Tamtejsi strażnicy przewożą go do Seulu, gdzie zostanie mu postawiony zarzut szpiegostwa na rzecz Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej*... 
  Robienie filmu o Korei Północnej to z miejsca wsadzanie kija w mrowisko, do którego nomen-omen wcale nie tak łatwo zajrzeć. Krainę Kim Dzong Una znamy jedynie z nielicznych filmów dokumentalnych i reportaży. Obraz Kim Ki-Duka nie skupia się jednak na generalnym obrazie obu państw Półwyspu Koreańskiego – przestrzeń, w której rozgrywa się akcja, jest ograniczona, wręcz duszna, poczynając od pokoju przesłuchań, a na wąskich ulicach Seulu kończąc. Ta „ciasnota” poniekąd pokrywa się ze stanem psychicznym bohatera, rzuconego na pożarcie obcemu światu, do którego od najmłodszych lat wpajano mu pogardę, z którą wiąże się także zwykły ludzki lęk przed nieznanym i troska o pozostawioną na pastwę mściwego reżimu rodzinę. Ki-Duk jednak ani nie demonizuje tu Północy, ani nie gloryfikuje Południa – świadczą o tym wymowne sceny przesłuchiwania Nama po obu stronach Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej (wspomniany w pierwszym akapicie pas zieleni), które różnią się od siebie szybkością sięgnięcia po przemoc jako środek perswazji. Sugestywna jest też rozmowa bohatera z seulską prostytutką, która wytyka swojemu rządowi nierzadko większą troskę o uciekinierów z Północy niż o własnych obywateli. Trochę nieprzyjemnie przypomina to kryzys imigracyjny w Europie, a zwłaszcza za naszą zachodnią granicą. Także samą rzekę, na której łowi Nam, można porównać do berlińskiego mostu Glienicke, szerzej znanego jako „most szpiegów”. Ciekawego wyrazu całości nadają też zdjęcia, wyglądające jakby były kręcone smartfonem lub domową kamerą cyfrową – widać to po lekkich zakłóceniach, specyficznej ostrości i surowym oświetleniu. 
  Konstrukcja postaci również jest nie bez znaczenia. Tak to jest z tym kinem szpiegowskim (do którego, jakby nie patrzeć, należy „W sieci”), że w głowie widza powinna cały czas czaić się gdzieś z tyłu koncepcja, że ofiara wywiadu w każdej chwili może okazać się prawdziwym szpiegiem – tak właśnie patrzyłem na Nama, który wraz z kolejnymi etapami przesłuchania ujawnia coraz więcej ze swojej przeszłości i poznaje zasady, a nawet próbuje życia w Korei Południowej. Przesłuchujący go detektyw, pomimo dość młodego wieku (wygląda na około trzydziestki), zachowuje się jak rasowy wyga, a to z powodu gorzkich doświadczeń ze swojego poprzedniego, zakończonego zupełną klęską śledztwa, co w moich oczach upodabnia go do takiego stereotypowego podstarzałego nazisty czy też socjalisty, w którym ideologia wytrzymała swój rzeczywisty upadek i próbę czasu. Jin-Woo natomiast, niczym żywcem wzięty z k-popowego boysbandu młodziutki pracownik wywiadu i personalny strażnik Nama, reprezentuje tu typowego idealistę, wychowanego w duchu empatii, wiary i zrozumienia. Piękny jest też wątek, gdy w rozmowie młody wyjawia swojemu „podopiecznemu”, że jego dziadek, tj. Jin-Woo, był imigrantem z Północy – to tak jak większość współczesnych Europejczyków znajdzie w swoim drzewie genealogicznym jakiegoś Żyda. 
  Główny bohater o uciekinierach z KRLD mówi „dezerterzy”. Tak się tam ich nazywa, bo Korea Północna to bardziej armia niż kraj; tam obywatel od urodzenia jest na obowiązkowej, dożywotniej służbie. 

* Tak brzmi oficjalna, pełna nazwa Korei Północnej, używana na co dzień przez jej obywateli.