sobota, 9 kwietnia 2016

Gwiazd naszych wina - recenzja filmu "K-Pax" (2001)

   Na Dworcu Centralnym w Nowym Jorku pojawia się mężczyzna (Kevin Spacey) i twierdzi, że pochodzi z innej planety. Trafia więc do instytutu psychiatrii na Manhattanie pod opiekę doktora Marka Powella (Jeff Bridges), który stara się odkryć jego prawdziwą tożsamość i genezę urojeń. 
   Bycie psychiatrą to podła robota. Nawet jeśli pacjent opowiada najwymyślniejsze bzdury, trzeba go cierpliwie wysłuchać i przyznać mu rację, bo może się obrazić i zamknąć w sobie. Należy też uważać, żeby się z nim nie „zaprzyjaźnić”. Zadaniem lekarza psychiatry jest bowiem uświadomienie pacjentowi, że nie ma racji, a nie bycie kompanem w świecie obłędu. 


   Podobną taktykę można zastosować oglądając „K-PAX” Iaina Softleya na podstawie powieści pod tym samym tytułem. Od tego, czyją perspektywę przyjmiemy – lekarza czy pacjenta – będzie zależeć odbiór zakończenia filmu. Może ono być rozczarowujące, zaskakujące lub poruszające, ale też na przykład oczywiste – w zależności od tego, po czyjej „stronie” jesteśmy – Prota (tak bowiem przedstawia się „kosmita”) czy dr-a Powella. Sęk w tym, że scenarzysta Charles Leavitt i pisarz Gene Brewer bardzo skutecznie utrudniają nam to zadanie. Dowody, które zbiera doktor, są po prostu wiarygodne i układają się w logiczną całość. Za to Prot w wykonaniu Spaceya jest tak przekonująco spokojny i elokwentny, że... no, łatwo się pogubić. Ponadto, film wymaga od widza skupienia, bowiem przegapienie kilku na pozór błahych zdań może sprawić, że wysiłki Leavitta i Brewera pójdą na marne. 


   Od strony technicznej film Softleya nie jest niczym nadzwyczajnym. Zdjęcia Johna Mathiesona są po prostu dostosowane do tempa akcji i nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć. W zasadzie jedyna rzecz, którą pozytywnie zapamiętałem, to muzyka Edwarda Shearmura, od początku filmu mówiąca nam, że mamy do czynienia z inteligentnym science fiction. 
   Wspomniałem wcześniej o Spaceyu w roli Prota. Krótko mówiąc – ten gość jest magiczny; zachowuje się, jakby chciał cię zahipnotyzować. I bardzo dobrze mu to wychodzi. Dr Powell, czyli Bridges, też próbuje Prota zahipnotyzować. I o ile w filmie mu się to udaje, to jako bohater jest już dużo mniej przekonujący. Nie chcę przez to powiedzieć, że Bridges gra źle; gra dobrze, tylko Powell sam w sobie jest, według mnie, odpychający. 


   „K-PAX” obejrzałem dwa razy. Przy pierwszym razie nie zwróciłem uwagi na pewien szczegół, w związku z czym zakończenie było dla mnie niezrozumiałe. Podczas drugiej „próby” zauważyłem to od razu i w połowie filmu miałem rozwiązanie zagadki Prota, które osobiście lekko mnie rozczarowało. Jakkolwiek, jest to obraz co najmniej interesujący, który mógłby obejrzeć każdy, choćby pod pretekstem sprawdzenia, za kim się opowie – lekarzem czy pacjentem.