Młody psychopata (Modest
Ruciński). Malarz (Bogusław Linda) i jego ciężarna kochanka
(Lidia Sadowa). Bezrobotny kłusownik (Paweł Królikowski) i jego
syn (Marcin Walewski). Ekscentryczny reżyser (Krzysztof Stroiński)
i młoda nauczycielka (Agnieszka Grochowska). Co ich łączy? Poza
tym, że 9 kwietnia 2005 roku o 21:37 byli świadkami, jak cała
Polska „gaśnie” po śmierci Jana Pawła II?
Na fabułę „Trzech
minut” składają się cztery luźno ze sobą powiązane wątki.
Jak to sam Maciej Ślesicki (reżyser, scenarzysta, producent)
określa, trzy z nich, każdy „zatytułowany”, opowiadane są „po
bożemu”, a czwarty, „bez tytułu”, od tyłu. Ten ostatni jest
taki „odizolowany” prawdopodobnie dlatego, że jego zakończenie
nie wiąże się z zakończeniami pozostałych. I o ile trzy
„prawidłowe” są przedstawione po kolei, to czwarty jest w nie
nieregularnie wpleciony.
Jeszcze ciekawszy jest
fakt, że każda historia ma zupełnie inny klimat. W jego budowaniu
istotną rolę odgrywają muzyka Przemysława Gintrowskiego i
naprawdę dobre kreacje aktorskie. Większość bohaterów gra tu
przeważnie mimiką i oczami – w filmie jest mnóstwo zbliżeń na
twarze. W tej kwestii na szczególne wyróżnienie zasługuje
Bogusław Linda, którego bohater przez trzy czwarte swojej historii
jest sparaliżowany i jedyne, czym wyraża emocje, to wewnętrzne
monologi, słyszalne tylko dla widza, i właśnie oczy. Wracając do
muzyki, w każdym wątku jest ona inna. W scenach, w których akurat
nie ma dialogów, ścieżka dźwiękowa potrafi przywołać na myśl
serial obyczajowy, kiedy indziej wzruszyć, a nawet stworzyć
niemalże mistyczną atmosferę. Co do zdjęć autorstwa Andrzeja
Ramlau – są one bardzo spokojne, kamera przeważnie stoi na
statywie, a ujęcia „odręczne” zdarzają się sporadycznie. Ta
„normalność” nie ma żadnego negatywnego wpływu na odbiór
filmu, a wręcz przeciwnie – dzięki niej przyjemniej się go
ogląda.
Ślesicki zauważył, że w
obliczu śmierci kogoś, kto był powszechnie szanowany, naród
polski potrafi się zsolidaryzować i zdobyć na jakże szlachetny
gest. Mniejsza z tym, że zaraz przed i po nim wszystko wróci do
normy i Polacy będą okazywać sobie tyle miłości, na ile tylko
pozwalają zgryźliwe stereotypy. Ktoś kogoś oszuka, inny zdradzi,
następny okradnie, a kolejny zabije.


