Nikt nie lubi, gdy ingeruje się w
jego życie prywatne; nieważne, jak bardzo i w jaki sposób. No, ale
żeby ktoś do kogoś wydzwaniał i groził mu śmiercią za (tylko?)
nieczyste myśli, to już jakiś absurd.
Czy aby na pewno?
Stuart (Colin Farrell), dzień w
dzień, zawsze o tej samej godzinie, dzwoni z ulicznej budki
telefonicznej do niejakiej Pam (Katie Holmes) i obiecuje zrobić z
niej gwiazdę filmową.
Oookej, fajnie, no ale... dlaczego
dzwoni z budki? Halo, mamy rok 2002, telefony komórkowe zaczynają
przejmować władzę nad światem!
Odpowiedź jest prosta – żona
(Radha Mitchell) sprawdza spis połączeń. A trzyletniego małżeństwa
nie wypada niszczyć, prawda?
No więc, po raz któryś Stu
zadzwonił do swojej niedoszłej gwiazdy, po skończonej rozmowie
odłożył słuchawkę, a tu nagle ktoś dzwoni. Do budki
telefonicznej. Mężczyzna odruchowo odbiera. Dlaczego to zrobił?
Cóż, gdyby wiedział, że odebranie jednego, jedynego telefonu
ściągnie na niego kilka wściekłych prostytutek, ich goryla, tłumy
gapiów, telewizję i całe zastępy policji, a jakiś natchniony
psychopata (Kiefer Sutherland) będzie kazał mu się publicznie
spowiadać, raczej by tego nie zrobił.
Co jakiś czas zdarzają się
produkcje, które przy budżecie około dziesięciu milionów dolarów
(a nawet dużo mniej) potrafią zarobić sto milionów (a nawet dużo
więcej). Są to zarówno debiuty („Blair Witch Project”,
„Piła”), jak i produkcje znanych reżyserów. I właśnie do tej
drugiej grupy należy „Telefon” Joela Schumachera, zrealizowany
za „skromne” trzynaście milionów dolarów. „Skromne”,
ponieważ Schumacher jednocześnie kręcił wtedy „Bad Company”,
które kosztowało siedemdziesiąt milionów. I o ile „Telefon”
kilkakrotnie zwrócił koszty produkcji, to „Bad Company”
przyniosło kilka milionów strat. W czym więc tkwi haczyk?
Ha, to proste – kiedy
twórca nie ma środków, aby zafundować widzowi ucztę dla oka,
musi go zainteresować czymś innym. Może to być zjawiskowe
aktorstwo, intrygująca atmosfera lub wciągająca fabuła. A gdy ma
się do dyspozycji Colina Farrella, głos Kiefera Sutherlanda i
scenarzystę kultowego „Columbo”, pieniądze przestają odgrywać
główną rolę. Skromna forma zwiększa (a przynajmniej powinna)
wagę treści.
Napięcie – oto
słowo-klucz „Telefonu”. Cała historia rozgrywa się w czasie
rzeczywistym (około godzina i dziesięć minut), na jednej ulicy.
Przez większość filmu obserwujemy albo Stuarta „uwięzionego”
w budce albo policjantów i tłum dookoła niego. I wiem, że to może
nie brzmieć wiarygodnie, ale na planie pod batutą Matthew
Libatique'a pracowały cztery kamery, każda obsługiwana przez
trzech operatorów, a sceny w budce telefonicznej nakręcono w ciągu
dziesięciu dni.
Ten minimalizm wywiera
również presję na aktorach. Ze względu na brak fajerwerków
wizualnych to oni mają przykuć uwagę widza do ekranu. Nie mam tu
na myśli bynajmniej urody, ale oczywiście wiarygodną grę
aktorską. I tu brawa dla Farrella – przez godzinę poci się w ciasnej
budce telefonicznej, a w międzyczasie jest atakowany kijem
bejsbolowym i obserwuje wędrujący po jego ciele celownik laserowy,
co jakiś czas przechodzący na żonę, niedoszłą aktorkę lub
dobrodusznego kapitana policji (Forest Whitaker). Musi też wypełniać
niedorzeczne polecenia snajpera – i tu, mówiąc kolokwialnie,
„daje czadu”. Niezgorzej wypada też Sutherland jako Tajemniczy
Głos Na Drugim Końcu Kabla.
Film, pomimo swojej
„amerykańskości”, ma niby-przesłanie – nikt nigdzie nie jest
bezpieczny. A tak poza tym to bardzo dobry thriller z nikomu wtedy
jeszcze nie znanym Colinem Farrellem.



