wtorek, 27 października 2015

Odbierz telefon, no bo może twój szef dzwoni... - recenzja filmu "Telefon" (2002)

  Nikt nie lubi, gdy ingeruje się w jego życie prywatne; nieważne, jak bardzo i w jaki sposób. No, ale żeby ktoś do kogoś wydzwaniał i groził mu śmiercią za (tylko?) nieczyste myśli, to już jakiś absurd.
  Czy aby na pewno?
  Stuart (Colin Farrell), dzień w dzień, zawsze o tej samej godzinie, dzwoni z ulicznej budki telefonicznej do niejakiej Pam (Katie Holmes) i obiecuje zrobić z niej gwiazdę filmową.
  Oookej, fajnie, no ale... dlaczego dzwoni z budki? Halo, mamy rok 2002, telefony komórkowe zaczynają przejmować władzę nad światem!
  Odpowiedź jest prosta – żona (Radha Mitchell) sprawdza spis połączeń. A trzyletniego małżeństwa nie wypada niszczyć, prawda?
  No więc, po raz któryś Stu zadzwonił do swojej niedoszłej gwiazdy, po skończonej rozmowie odłożył słuchawkę, a tu nagle ktoś dzwoni. Do budki telefonicznej. Mężczyzna odruchowo odbiera. Dlaczego to zrobił? Cóż, gdyby wiedział, że odebranie jednego, jedynego telefonu ściągnie na niego kilka wściekłych prostytutek, ich goryla, tłumy gapiów, telewizję i całe zastępy policji, a jakiś natchniony psychopata (Kiefer Sutherland) będzie kazał mu się publicznie spowiadać, raczej by tego nie zrobił.
 Co jakiś czas zdarzają się produkcje, które przy budżecie około dziesięciu milionów dolarów (a nawet dużo mniej) potrafią zarobić sto milionów (a nawet dużo więcej). Są to zarówno debiuty („Blair Witch Project”, „Piła”), jak i produkcje znanych reżyserów. I właśnie do tej drugiej grupy należy „Telefon” Joela Schumachera, zrealizowany za „skromne” trzynaście milionów dolarów. „Skromne”, ponieważ Schumacher jednocześnie kręcił wtedy „Bad Company”, które kosztowało siedemdziesiąt milionów. I o ile „Telefon” kilkakrotnie zwrócił koszty produkcji, to „Bad Company” przyniosło kilka milionów strat. W czym więc tkwi haczyk?
  Ha, to proste – kiedy twórca nie ma środków, aby zafundować widzowi ucztę dla oka, musi go zainteresować czymś innym. Może to być zjawiskowe aktorstwo, intrygująca atmosfera lub wciągająca fabuła. A gdy ma się do dyspozycji Colina Farrella, głos Kiefera Sutherlanda i scenarzystę kultowego „Columbo”, pieniądze przestają odgrywać główną rolę. Skromna forma zwiększa (a przynajmniej powinna) wagę treści.
  Napięcie – oto słowo-klucz „Telefonu”. Cała historia rozgrywa się w czasie rzeczywistym (około godzina i dziesięć minut), na jednej ulicy. Przez większość filmu obserwujemy albo Stuarta „uwięzionego” w budce albo policjantów i tłum dookoła niego. I wiem, że to może nie brzmieć wiarygodnie, ale na planie pod batutą Matthew Libatique'a pracowały cztery kamery, każda obsługiwana przez trzech operatorów, a sceny w budce telefonicznej nakręcono w ciągu dziesięciu dni.
 Ten minimalizm wywiera również presję na aktorach. Ze względu na brak fajerwerków wizualnych to oni mają przykuć uwagę widza do ekranu. Nie mam tu na myśli bynajmniej urody, ale oczywiście wiarygodną grę aktorską. I tu brawa dla Farrella – przez godzinę poci się w ciasnej budce telefonicznej, a w międzyczasie jest atakowany kijem bejsbolowym i obserwuje wędrujący po jego ciele celownik laserowy, co jakiś czas przechodzący na żonę, niedoszłą aktorkę lub dobrodusznego kapitana policji (Forest Whitaker). Musi też wypełniać niedorzeczne polecenia snajpera – i tu, mówiąc kolokwialnie, „daje czadu”. Niezgorzej wypada też Sutherland jako Tajemniczy Głos Na Drugim Końcu Kabla.
  Film, pomimo swojej „amerykańskości”, ma niby-przesłanie – nikt nigdzie nie jest bezpieczny. A tak poza tym to bardzo dobry thriller z nikomu wtedy jeszcze nie znanym Colinem Farrellem.

wtorek, 20 października 2015

Australijska Przełęcz Diatłowa? - recenzja filmu "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975)

  Cztery dziewczyny odłączyły się od swojej grupy i poszły oglądać skały. Wróciła jedna, potem opiekunka poszła szukać pozostałej trójki. Mija kilka godzin, na policję zostaje zgłoszone zaginięcie trzech młodych dziewcząt i kobiety w średnim wieku. Rozpoczynają się poszukiwania, w które angażują się mieszkańcy pobliskiego miasteczka.
  W sumie to tyle, ile można zdradzić z fabuły kultowego dzieła Petera Weira. A może tylko tyle się da, bo... nic więcej nie wiadomo? "Piknik pod Wiszącą Skałą pełen jest niedopowiedzeń, pozornie nieistotnych wątków, które nijak nie pomagają w odkryciu prawdy. Koniec końców tajemnica i tak nie zostaje wyjaśniona, przez co może powstać wrażenie, że cała historia nie ma sensu... A może tak miało być? Może twórcy uznali, że wystarczy widza zainteresować treścią, zachwycić formą (BAFTA i Saturn dla Russella Boyda za zdjęcia), a resztę zostawić jego wyobraźni? Możliwych wyjaśnień jest mnóstwo, mniej lub bardziej sensownych, a wszystkie nadają się na potencjalne zakończenie.

  Krytyczne oko na pewno doceni wcześniej wspomniane zdjęcia. Statyczne ujęcia ukazują malownicze krajobrazy australijskich stepów, a ze szczególnym upodobaniem obraz tytułowej Wiszącej Skały, praktycznie cały czas ten sam. Natomiast sceny z udziałem ludzi, a zwłaszcza piknik, są filmowane pod dość nietypowymi kątami. Nie wydaje mi się, aby to kogoś rozpraszało – wręcz przeciwnie, uważam, że nadają one poszczególnym momentom „magiczny” klimat.

  Skoro już o klimacie i czynnikach przyczyniających się do jego „zagęszczenia” mowa, to nie można zapomnieć o ścieżce dźwiękowej. Psychodeliczno-ambientowe kompozycje Bruce'a Smeatona doskonale współgrają z melodiami wygrywanymi na fletni pana przez Gheorghe'a Zamfira.

  Aktorstwo jest tu kwestią dyskusyjną. Rzecz dzieje się w środowisku arcy-konserwatywnego pensjonatu dla dziewcząt. I w tym tkwi sęk – moim zdaniem, dziewczyny w rozmowach ze sobą zachowują się nienaturalnie, mówią, jakby grały w sztuce Szekspira. Natomiast przy przełożonej i opiekunkach znowu wyśpiewują bezbłędnie drewniane formułki, tyle że robią to bez cienia uczucia. Nie wiem, czy to sprawa gry aktorskiej, czy też w tego typu placówkach taki oficjalny język obowiązuje.
 W drugim akapicie pojawia się dużo pytań, ale nie ma tam dla mnie najważniejszego – czy rzeczony film jest na faktach? Jeśli nie, to scenarzyście Cliffowi Greenowi i pisarce Joan Lindsay należą się szczere wyrazy uznania za wymyślenie tak wciągającej, a zarazem tak dziwnej i niepokojącej historii. Ale jeśli tak, to... mamy chyba do czynienia z „australijską Przełęczą Diatłowa”.