Sposobów na zbawienie świata może
być kilka. Jedni upatrywaliby tego celu w coraz to intensywniejszym
rozwijaniu, rozbudowywaniu i zaludnianiu naszej planety; inni zaś,
zgoła odwrotnie, postulowaliby powrót „do korzeni” - do życia
w ścisłej symbiozie z naturą, opartej na bezpośrednim, acz
racjonalnym wykorzystywaniu jej dóbr i zasobów. Niezależnie jednak
od tego, po której stronie Ty, ona, on czy ja się opowiemy, zawsze
będzie nas pociągała ta druga opcja, chociażby na zasadzie
wątpliwości – czy na pewno słusznie postępujemy? Może da się
lepiej; coś więcej zrobić? Do najlepszych wniosków człowiek
dochodzi podobno metodą prób i błędów, ale od tych prób często
odwodzi nas lęk przed popełnieniem błędu właśnie, albo wstyd
związany ze „zdradzeniem”swojego dotychczasowego stanowiska w
danej sprawie. No i zbawienie zbawieniem, ale poważnie, jeśli coś
ma nas zgubić, to będzie ten moment zawahania.
Jak można żyć poza cywilizacją i
społeczeństwem? Ano, trzeba podjąć silną, radykalną decyzję i
wytrwać w postanowieniu zerwania z systemem. Ale można się też w
takich warunkach urodzić, i ten przypadek już szczególnego
samozaparcia nie wymaga, jako że alternatywa jest nam obca. Ben
(Viggo Mortensen) wiele lat temu postanowił wraz z żoną zamieszkać
w lesie. Tam też, z dala od cywilizacyjnego zgiełku, przyszło im
szczęśliwie wychować szóstkę dzieci. Poznajemy ich, gdy w ich
idyllicznym świecie pojawia się pierwszy zgrzyt – matka udaje się
do szpitala z powodu tajemniczej choroby. Kilka dni później, przez
siostrę Bena (z „tamtego” świata, zewnętrznego), dociera do
nich druzgocąca informacja – matka popełniła samobójstwo, co
było ściśle związane z jej chorobą dwubiegunową. Udział w
pogrzebie (czego stanowczo nie życzy sobie ojciec zmarłej, bogaty i
wpływowy prawnik) oznacza dla dzieci pierwszą w ich życiu
konfrontację ze światem spoza lasu.
Reżyser i scenarzysta, Matt Ross
(„28 pokoi hotelowych”), konsekwentnie buduje nieskazitelny wręcz
wizerunek stylu życia bohaterów, dopóki nie dochodzi do ich
nieuniknionego zderzenia z przeciętną amerykańską mentalnością.
„Captain Fantastic” świetnie wypada w kwestii unaocznienia
przykrego paradoksu, który generuje rozmaite konflikty na linii Ben
i jego dzieci – reszta ich rodziny. Światopoglądy zostają
zestawione na zasadzie zupełnego kontrastu; Ben wpaja dzieciom
sztukę przetrwania, obdarowuje je nożami i łukami, uczy podstaw
amerykańskiego systemu politycznego, a także wolnomyślicielstwa,
tu wspierając się literaturą klasyczną i traktatami
filozoficznymi, podczas gdy wśród reszty jego rodziny bryluje model
liceum-studia-praca-chrześcijaństwo. Duży plus dla filmu za
solidne podkreślenie tego paradoksu i (szkoda, że niezbyt wyraźne)
podsunięcie sugestii, że wynika on z idiotycznej radykalności
owych postaw życiowych. Obie strony zażarcie bronią swoich racji w
okazjonalnych dyskusjach, przeważnie przeradzających się w ostre
kłótnie, oparte nie na logicznych argumentach, a na rzeczowych
dowodach. I o ile lepiej by to wypadło, gdyby reżyser ograniczył
się do zostawienia tego w ten sposób, dając widzowi możliwość
samodzielnego rozstrzygnięcia, która opcja ma rację; lecz zamiast
tak pożądanej przy dyskusyjnych tematach obiektywności,
survivalowo-proekologiczna postawa Bena stale jest nam podsuwana jako
ta lepsza, ciekawsza, bardziej romantyczna i przez to
atrakcyjniejsza. Tak się dzieje praktycznie od sekwencji
otwierającej, która jeszcze przed wybrzmieniem pierwszej kwestii
dialogowej daje nam do zrozumienia, że polowanie na jelenia to nie
plebejska rozrywka od święta. Z kolei nieuniknione zmiany,
zachodzące w postrzeganiu świata przez Bena, zdają się być nie
tyle wynikiem jego coraz silniejszych wątpliwości co do swoich
racji i luzowania podejścia do życia, co raczej zwykłą uległością
w opresyjnej sytuacji (cała rodzina wmawia mu, że krzywdzi dzieci,
młodszy syn obwinia go o śmierć matki, a najstarszy chce iść na
studia), czemu dodatkowe sięganie przez reżysera po tak tanie
chwyty podkreślające duchową przemianę jak elementy fizyczne
(zgolenie krzaczastej brody Bena czy postrzyżyny jego pierworodnego)
nieintencjonalnie nadaje nieco sztampowy charakter. Mniej więcej
przez takie koleiny losu ojciec-omnibus zostaje doprowadzony do finał
tej historii, w którym zdaje się, bez słów, zadawać sobie (i
nam) pytanie: czy jego dzieci potrzebują jeszcze w ogóle ojca?

