Polski slogan reklamowy „La La Land”
przykazuje, aby „kochać marzycieli”. Zgodnie ze staropolskim
przysłowiem Szymborskiej należałoby dodać, że kochać ich
trzeba, bo tak szybko odchodzą; „La La Land” bowiem jest i
owszem, przepiękną filmową baśnią o marzeniach i miłości, ale
uświadamia też, że nieważne jak szlachetne owe idee by były,
koniec końców deewoluują w może nie najgorszą, ale jednak rutynę
oraz wynikające z tego podświadome rozgoryczenie. Ta teoria dotyczy
nie tylko bohaterów filmu, ale także jego twórcy – Damiena
Chazelle'a, który (i tu już tylko moje „gdybanie”) zawiedziony docenieniem, a zarazem wręcz znieważeniem jego dzieła na gali oscarowej, pomimo szeregu najważniejszych Złotych
Globów, przerzuci się na kino realistyczne. Można by tu
polemizować, czy jego poprzednie dzieło - dramat „Whiplash” -
jest przedstawicielem kina realistycznego; osobiście uważam, że
wyciąganie sztuki (w tym przypadku muzyki) do rangi integralnego
bohatera filmu narzuca porzucenie krytyki pod kątem realizmu.
Defetystyczny nastrój wprowadza tu
głównie muzyka – radosne, taneczne kawałki z początku filmu
zostają zastąpione przez melancholijne „The Fools Who Dream” w
wykonaniu Emmy Stone oraz „City Of Stars” w duecie z Ryanem
Goslingiem. Zarzuty odnośnie zdolności wokalnych i tanecznych
ekranowej pary (a nawet urody i figury Stone) uważam za co najmniej absurdalne - czy naprawdę, oglądając to dzieło, powinno zwracać się uwagę na takie szczegóły, obchodzące mało kogo poza znawcami dziedziny? Taka krytyka mija się właśnie
z artystyczną wizją Chazelle'a - „La La Land” nie jest filmem
do pragmatycznej analizy, lecz do zastanowienia się nad jego
przesłaniem, a ułatwia nam to bardzo dobre aktorstwo, cudowna
choreografia, doskonałe zdjęcia i montaż oraz świetna reżyseria.
Kontrastowe recenzje „La La Land”
pokazują, jak różnorodnie ukształtowani są współcześni
widzowie. Błogosławieni ci, którzy dają się ponieść muzyce i
bajkowej wizji świata, a po dwóch godzinach wychodzą z kina
orzeźwieni i pełni pozytywnej energii; hańba tym, którzy zostali
na tyle „zepsuci” przez realizm, że nie dopuszczają do siebie
wizualnych przyjemności; no i w końcu biada tym, którzy znajdują
w tym filmie drugie dno i traktują „La La Land” jako
prawdopodobny schyłek ery amerykańskiego optymizmu na wysokim poziomie artystycznym.
A tu smakowity deser - niby reklama szkoły, ale za to jaka! Duma z rodaków! 💓
P.S. Takich przeróbek na YouTube są setki, z całego świata! Gratuluję, panie Chazelle - pana dzieło życia jest już nieśmiertelne.
A tu smakowity deser - niby reklama szkoły, ale za to jaka! Duma z rodaków! 💓
P.S. Takich przeróbek na YouTube są setki, z całego świata! Gratuluję, panie Chazelle - pana dzieło życia jest już nieśmiertelne.
