poniedziałek, 18 września 2017

Jazzowa stypa - minirecenzja filmu "La La Land" (2016)


   Polski slogan reklamowy „La La Land” przykazuje, aby „kochać marzycieli”. Zgodnie ze staropolskim przysłowiem Szymborskiej należałoby dodać, że kochać ich trzeba, bo tak szybko odchodzą; „La La Land” bowiem jest i owszem, przepiękną filmową baśnią o marzeniach i miłości, ale uświadamia też, że nieważne jak szlachetne owe idee by były, koniec końców deewoluują w może nie najgorszą, ale jednak rutynę oraz wynikające z tego podświadome rozgoryczenie. Ta teoria dotyczy nie tylko bohaterów filmu, ale także jego twórcy – Damiena Chazelle'a, który (i tu już tylko moje „gdybanie”) zawiedziony docenieniem, a zarazem wręcz znieważeniem jego dzieła na gali oscarowej, pomimo szeregu najważniejszych Złotych Globów, przerzuci się na kino realistyczne. Można by tu polemizować, czy jego poprzednie dzieło - dramat „Whiplash” - jest przedstawicielem kina realistycznego; osobiście uważam, że wyciąganie sztuki (w tym przypadku muzyki) do rangi integralnego bohatera filmu narzuca porzucenie krytyki pod kątem realizmu. 
   Defetystyczny nastrój wprowadza tu głównie muzyka – radosne, taneczne kawałki z początku filmu zostają zastąpione przez melancholijne „The Fools Who Dream” w wykonaniu Emmy Stone oraz „City Of Stars” w duecie z Ryanem Goslingiem. Zarzuty odnośnie zdolności wokalnych i tanecznych ekranowej pary (a nawet urody i figury Stone) uważam za co najmniej absurdalne - czy naprawdę, oglądając to dzieło, powinno zwracać się uwagę na takie szczegóły, obchodzące mało kogo poza znawcami dziedziny? Taka krytyka mija się właśnie z artystyczną wizją Chazelle'a - „La La Land” nie jest filmem do pragmatycznej analizy, lecz do zastanowienia się nad jego przesłaniem, a ułatwia nam to bardzo dobre aktorstwo, cudowna choreografia, doskonałe zdjęcia i montaż oraz świetna reżyseria. 
   Kontrastowe recenzje „La La Land” pokazują, jak różnorodnie ukształtowani są współcześni widzowie. Błogosławieni ci, którzy dają się ponieść muzyce i bajkowej wizji świata, a po dwóch godzinach wychodzą z kina orzeźwieni i pełni pozytywnej energii; hańba tym, którzy zostali na tyle „zepsuci” przez realizm, że nie dopuszczają do siebie wizualnych przyjemności; no i w końcu biada tym, którzy znajdują w tym filmie drugie dno i traktują „La La Land” jako prawdopodobny schyłek ery amerykańskiego optymizmu na wysokim poziomie artystycznym.

A tu smakowity deser - niby reklama szkoły, ale za to jaka! Duma z rodaków! 💓 


P.S. Takich przeróbek na YouTube są setki, z całego świata! Gratuluję, panie Chazelle - pana dzieło życia jest już nieśmiertelne.