Główny problem z ekranizacjami gier
komputerowych jest taki, że nie przypadają one do gustu graczom, bo
twórcy filmowi mało kiedy podchodzą do growego kanonu
wystarczająco kompetentnie, tj, tak, aby zadowolić nie tylko nowych
widzów, ale też wielbicieli oryginału. Mam tu na myśli przeważnie
fabułę, ale jest jeszcze jedna rzecz, której brak generuje takie,
a nie inne opinie wśród graczy. Oglądając niektóre „gradaptacje”
można odnieść wrażenie (o ile samemu zna się dane gry), że ich
twórcy nie zaprzątali sobie głowy bliższym zapoznaniem się z
komputerowym protoplastą, którego przyszło im przenieść na
wielki ekran, lub zrobili to jedynie bardzo pobieżnie. W
ekranizacjach gier zdecydowanie brakuje stylistycznych zagrywek,
które chociaż wizualnie upodobniły je do ich komputerowych
oryginałów. Tego typu motywy można by chyba policzyć na palcach
jednej ręki – w tej chwili do głowy przychodzą mi tylko
kilkuminutowa sekwencja pod koniec ekranizacji gry „Doom” w
reżyserii naszego rodaka, Andrzeja Bartkowiaka, w której akcję
obserwujemy w perspektywie pierwszoosobowej oczami jednego z
bohaterów, oraz scena w „BloodRayne”, w której tytułowa
protagonistka ucieka z cyrku dziwadeł – na obraz zostaje wtedy
nałożony filtr przypominający efekt „blood rage” z gry. Dodam,
że ekranizacja ta akurat wyszła spod ręki niesławnego specjalisty
od przenoszenia właśnie gier na ekrany, czyli oczywiście Uwe Bolla
– widać nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Tą niszę filmów „gropodobnych”
(lecz, niestety, nie ekranizacji gier) szczególnie upodobało sobie
trzech twórców. Pierwszy to Zack Snyder, kojarzony głównie z
ekranizacjami komiksów takich jak „300” czy „Watchmen.
Strażnicy” oraz perypetii flagowych bohaterów z uniwersum DC
Comics. Pozostali dwaj działają w
reżysersko-producencko-scenopisarskim duecie – mowa tu Marku
Neveldinie i Brianie Taylorze, znanych z ich debiutanckiej
„Adrenaliny”, w której można było się doszukać wielu
podobieństw np. do kultowej serii gier „Grand Theft Auto”.
Kolejnym dziełem panów podpisujących się wspólnie jako
NEVELDINE/TAYLOR, powstałym niemalże równolegle z sequelem
„Adrenaliny”, był „Gamer” - film, który jest o grach, w
dodatku wygląda jak gra. Brzmi obiecująco, ale efekt okazuje się
przeciętny.
W niedalekiej przyszłości główną
rozrywką Ameryki są dwie gry – Society i Slayers. W pierwszej
awatary, ogólnie rzecz ujmując, „bawią się”; w drugiej –
walczą na śmierć i życie. Ich cechą wspólną jest fakt, że owe
awatary to tak naprawdę żywi ludzie ze wszczepionymi nanoczipami,
które umożliwiają graczom kontrolowanie ich poczynań. O ile w
przypadku Society są to ochotnicy, w Slayers, już przymusowo,
występują skazańcy, którym przyświeca obietnica odzyskania
wolności po przeżyciu trzydziestu starć. Najlepiej z nich radzi
sobie Kable (w tej roli Gerard Butler o kamiennej twarzy), sterowany
przez nastoletniego Simona (Logan Lerman) – zostało im już tylko
kilka bitew do ostatecznego zwycięstwa. Kable nie ma jednak zamiaru
na to czekać – chce uratować żonę (Amber Valletta), uwięzioną
w Society, i odzyskać córeczkę. W tym celu będzie musiał dotrzeć
do twórcy obu wspomnianych gier, miliardera Kena Castle'a
(diaboliczny Michael C. Hall, szerzej znany jako Dexter).
Neveldine i Taylor nie lubują się w
szczególnie realistycznych wizjach świata, co dali już po sobie
poznać przy okazji „Adrenaliny”. W „Gamerze” nie powinno to
być jakoś wyjątkowo ważną kwestią, jako że akcja filmu
rozgrywa się w przyszłości, i to dość dystopijnej. Sęk w tym,
że czy przyszłość czy teraźniejszość, czy utopia czy dystopia,
też powinna być porządnie, wiarygodnie zrobiona – i to jest
właśnie najsłabszy element „Gamera”. Ameryka przyszłości
opiera się na do bólu utartych i klasycznych schematach, jakimi od
dawna raczy nas kino, a do tego dochodzi beznadziejny wizerunek
graczy, wpisujący się w najgorsze i najbardziej prymitywne
stereotypy. W ten sposób twórcy zepsuli swoje dzieło w oczach
prawdopodobnie większości odbiorców – zrobili film o graczach,
nawet wizualnie uderzająco podobny do gry, a przedstawili ich jako
spasionych dewiantów mieszkających w klitkach bez okien albo
bogate, aspołeczne dzieciaki. Pozostałe postacie również
niespecjalnie wkupują się we względy widza – demoniczny bogacz,
dążący do przejęcia władzy (a gdzie jest rząd?) i szlachetna
grupa hakerów, walczących o prawdę i wolność oraz starających
się oświecić społeczeństwo. Nawiązując raz jeszcze do fabuły
i tematyki filmu, można powiedzieć, że nastąpiło tu zmniejszenie
wagi treści ze względu na formę, która, w przeciwieństwie do
historii, jest w przypadku „Gamera” prawdziwym majstersztykiem w
swojej klasie.
Zacznę trochę nietypowo – moim
zdaniem Mark Neveldine powinien opatentować kręcenie podczas jazdy
na rolkach. Z jednej strony jest to dość dziwne i na pewno w jakimś
stopniu niebezpieczna (zarówno dla operatora, jak i kamery), ale z
drugiej daje niespotykanie dynamiczny efekt. Podczas finałowego
pojedynku Kable'a z Castlem kamera z zawrotną prędkością krąży
dookoła nich – to właśnie Neveldine na rolkach. Kable biegnie
przez zrujnowane miasto w trakcie bitwy i niezmiennie pozostaje w
pełnym planie w prawej połowie kadru – to znowu Nevledine. To
także jedno z tych ujęć, które nawiązują do pracy kamery w grze
komputerowej i których w „egranizacjach” jest jak na lekarstwo,
a tu występują dość często. Kamera leci nad strzelającymi do
siebie skazańcami w magazynie – to nie dron, nie kran, lecz
właśnie Neveldine wiszący na uprzęży. To już poniekąd znak
firmowy NEVELDINE/TAYLOR – autorami zdjęć do ich filmów są
różni ludzie, ale to zawsze oni sami są pierwszymi operatorami
kamery. Ogólnie od strony technicznej „Gamer” trzyma bardzo
wysoki poziom jak na środki, które zostały na niego przeznaczone.
Budżet filmu wynosił pięćdziesiąt milionów dolarów, a można
odnieść wrażenie, że to, co się dzieje na ekranie, kosztowało
co najmniej dwa razy więcej.
„Gamerowi” daleko do ideału czy
chociażby świetności, ale to i tak dalej kawał porządnego kina
akcji. Jeśli męczą was drętwe ekranizacje gier, to zdecydowanie
dajcie mu i pozostałym produkcjom Nevelidne'a i Taylora szansę; mam
tylko nadzieję, że nie obrazicie się tu na nich jako gracze za
spłycenie i tragikomicznie karykaturalne przedstawienie waszego
[ naszego ;) ] wizerunku.



