piątek, 23 czerwca 2017

Dystopia grubą krechą malowana - recenzja filmu "Gamer" (2009)

   Główny problem z ekranizacjami gier komputerowych jest taki, że nie przypadają one do gustu graczom, bo twórcy filmowi mało kiedy podchodzą do growego kanonu wystarczająco kompetentnie, tj, tak, aby zadowolić nie tylko nowych widzów, ale też wielbicieli oryginału. Mam tu na myśli przeważnie fabułę, ale jest jeszcze jedna rzecz, której brak generuje takie, a nie inne opinie wśród graczy. Oglądając niektóre „gradaptacje” można odnieść wrażenie (o ile samemu zna się dane gry), że ich twórcy nie zaprzątali sobie głowy bliższym zapoznaniem się z komputerowym protoplastą, którego przyszło im przenieść na wielki ekran, lub zrobili to jedynie bardzo pobieżnie. W ekranizacjach gier zdecydowanie brakuje stylistycznych zagrywek, które chociaż wizualnie upodobniły je do ich komputerowych oryginałów. Tego typu motywy można by chyba policzyć na palcach jednej ręki – w tej chwili do głowy przychodzą mi tylko kilkuminutowa sekwencja pod koniec ekranizacji gry „Doom” w reżyserii naszego rodaka, Andrzeja Bartkowiaka, w której akcję obserwujemy w perspektywie pierwszoosobowej oczami jednego z bohaterów, oraz scena w „BloodRayne”, w której tytułowa protagonistka ucieka z cyrku dziwadeł – na obraz zostaje wtedy nałożony filtr przypominający efekt „blood rage” z gry. Dodam, że ekranizacja ta akurat wyszła spod ręki niesławnego specjalisty od przenoszenia właśnie gier na ekrany, czyli oczywiście Uwe Bolla – widać nie taki diabeł straszny, jak go malują. 
   Tą niszę filmów „gropodobnych” (lecz, niestety, nie ekranizacji gier) szczególnie upodobało sobie trzech twórców. Pierwszy to Zack Snyder, kojarzony głównie z ekranizacjami komiksów takich jak „300” czy „Watchmen. Strażnicy” oraz perypetii flagowych bohaterów z uniwersum DC Comics. Pozostali dwaj działają w reżysersko-producencko-scenopisarskim duecie – mowa tu Marku Neveldinie i Brianie Taylorze, znanych z ich debiutanckiej „Adrenaliny”, w której można było się doszukać wielu podobieństw np. do kultowej serii gier „Grand Theft Auto”. Kolejnym dziełem panów podpisujących się wspólnie jako NEVELDINE/TAYLOR, powstałym niemalże równolegle z sequelem „Adrenaliny”, był „Gamer” - film, który jest o grach, w dodatku wygląda jak gra. Brzmi obiecująco, ale efekt okazuje się przeciętny. 
   W niedalekiej przyszłości główną rozrywką Ameryki są dwie gry – Society i Slayers. W pierwszej awatary, ogólnie rzecz ujmując, „bawią się”; w drugiej – walczą na śmierć i życie. Ich cechą wspólną jest fakt, że owe awatary to tak naprawdę żywi ludzie ze wszczepionymi nanoczipami, które umożliwiają graczom kontrolowanie ich poczynań. O ile w przypadku Society są to ochotnicy, w Slayers, już przymusowo, występują skazańcy, którym przyświeca obietnica odzyskania wolności po przeżyciu trzydziestu starć. Najlepiej z nich radzi sobie Kable (w tej roli Gerard Butler o kamiennej twarzy), sterowany przez nastoletniego Simona (Logan Lerman) – zostało im już tylko kilka bitew do ostatecznego zwycięstwa. Kable nie ma jednak zamiaru na to czekać – chce uratować żonę (Amber Valletta), uwięzioną w Society, i odzyskać córeczkę. W tym celu będzie musiał dotrzeć do twórcy obu wspomnianych gier, miliardera Kena Castle'a (diaboliczny Michael C. Hall, szerzej znany jako Dexter). 


   Neveldine i Taylor nie lubują się w szczególnie realistycznych wizjach świata, co dali już po sobie poznać przy okazji „Adrenaliny”. W „Gamerze” nie powinno to być jakoś wyjątkowo ważną kwestią, jako że akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, i to dość dystopijnej. Sęk w tym, że czy przyszłość czy teraźniejszość, czy utopia czy dystopia, też powinna być porządnie, wiarygodnie zrobiona – i to jest właśnie najsłabszy element „Gamera”. Ameryka przyszłości opiera się na do bólu utartych i klasycznych schematach, jakimi od dawna raczy nas kino, a do tego dochodzi beznadziejny wizerunek graczy, wpisujący się w najgorsze i najbardziej prymitywne stereotypy. W ten sposób twórcy zepsuli swoje dzieło w oczach prawdopodobnie większości odbiorców – zrobili film o graczach, nawet wizualnie uderzająco podobny do gry, a przedstawili ich jako spasionych dewiantów mieszkających w klitkach bez okien albo bogate, aspołeczne dzieciaki. Pozostałe postacie również niespecjalnie wkupują się we względy widza – demoniczny bogacz, dążący do przejęcia władzy (a gdzie jest rząd?) i szlachetna grupa hakerów, walczących o prawdę i wolność oraz starających się oświecić społeczeństwo. Nawiązując raz jeszcze do fabuły i tematyki filmu, można powiedzieć, że nastąpiło tu zmniejszenie wagi treści ze względu na formę, która, w przeciwieństwie do historii, jest w przypadku „Gamera” prawdziwym majstersztykiem w swojej klasie. 


   Zacznę trochę nietypowo – moim zdaniem Mark Neveldine powinien opatentować kręcenie podczas jazdy na rolkach. Z jednej strony jest to dość dziwne i na pewno w jakimś stopniu niebezpieczna (zarówno dla operatora, jak i kamery), ale z drugiej daje niespotykanie dynamiczny efekt. Podczas finałowego pojedynku Kable'a z Castlem kamera z zawrotną prędkością krąży dookoła nich – to właśnie Neveldine na rolkach. Kable biegnie przez zrujnowane miasto w trakcie bitwy i niezmiennie pozostaje w pełnym planie w prawej połowie kadru – to znowu Nevledine. To także jedno z tych ujęć, które nawiązują do pracy kamery w grze komputerowej i których w „egranizacjach” jest jak na lekarstwo, a tu występują dość często. Kamera leci nad strzelającymi do siebie skazańcami w magazynie – to nie dron, nie kran, lecz właśnie Neveldine wiszący na uprzęży. To już poniekąd znak firmowy NEVELDINE/TAYLOR – autorami zdjęć do ich filmów są różni ludzie, ale to zawsze oni sami są pierwszymi operatorami kamery. Ogólnie od strony technicznej „Gamer” trzyma bardzo wysoki poziom jak na środki, które zostały na niego przeznaczone. Budżet filmu wynosił pięćdziesiąt milionów dolarów, a można odnieść wrażenie, że to, co się dzieje na ekranie, kosztowało co najmniej dwa razy więcej. 


   „Gamerowi” daleko do ideału czy chociażby świetności, ale to i tak dalej kawał porządnego kina akcji. Jeśli męczą was drętwe ekranizacje gier, to zdecydowanie dajcie mu i pozostałym produkcjom Nevelidne'a i Taylora szansę; mam tylko nadzieję, że nie obrazicie się tu na nich jako gracze za spłycenie i tragikomicznie karykaturalne przedstawienie waszego [ naszego ;) ] wizerunku.