Nicolas Winding Refn już przy okazji
„Drive” pokazał, że europejski twórca w Ameryce może dalej
robić filmy w stylu europejskim - bez setek wybuchów, dynamicznej
fabuły, efekciarskich zdjęć i arcyekspresyjnej gry aktorskiej.
„Neon Demon”, podobnie jak amerykański debiut jego twórcy, jest
do bólu statyczny i, za przeproszeniem, wręcz ślamazarny, zarówno
w kontekście prowadzenia fabuły, jak i „obrazowania” jej.
Dialogi opierają się na zdawkowych pytaniach i odpowiedziach,
bohaterowie praktycznie wcale się nie unoszą – każdy krzyk w tym
filmie jest swego rodzaju zaskoczeniem. Co miłe, „Neon Demon”
pobłażliwie traktuje stereotypy dotyczące modelek (dziwki,
anorektyczki). W całym filmie są tylko dwie rozmowy poruszające te
tematy i są one dosyć krótkie oraz nie mają większego znaczenia
dla historii; łatwo też wtedy szybko wychwycić, kto żartuje, drwi
albo kłamie. Duży szacunek ode mnie dla Refna za zrobienie takiego
filmu bez epatowania nagością i seksem, i fizycznością w ogóle.
Pomimo atrakcyjnego, „gorącego” tematu, jest on po prostu zimny,
skromny. Spora w tym zasługa bardzo dobrych zdjęć Natashy Braier –
statycznych, bawiących się oświetleniem, lustrami i przestrzenią.
Pomimo tego całego „spokoju”,
„Neon Demon” momentami przypomina koszmarny sen albo jakąś
wizję po „kwasie”, ale nie jest przy tym surrealistyczny. Dzieją
się rzeczy, co do których nie ma pewności, czy wydarzyły się
naprawdę, czy tylko w wyobraźni Jesse. Do tego transowa muzyka
Cliffa Martineza, w połączeniu z jasnym, pulsującym światłem,
działa niemalże hipnotyzująco i świetnie buduje napięcie.
Epileptycy, strzeżcie się. Po takich scenach zazwyczaj następuje
coś w miarę normalnego, tzn. bez muzyki i ze spokojnym
oświetleniem. Film chwilami zahacza też o horror – i taki
klasyczny („coś jest w moim pokoju”), i taki, w którym
psychopaci z nożami ganiają się po wielkim, pustym domu.
Jestem głęboko poruszony historią
Jesse. Główna bohaterka od początku wzbudza sympatię swoją
normalnością w toksycznym środowisku, do którego wchodzi
zdecydowanie, acz z leksza nieśmiało. Poznaje osoby, których
intencje i zamiary wobec niej do ostatniej chwili nie są jasne.
Koniec jej historii był dla mnie naprawdę niewiarygodny i chyba
jeszcze niezupełnie do mnie dotarło to, co zaszło. „Tragedia”
byłaby tu chyba w miarę adekwatnym określeniem; i cokolwiek sobie
teraz wyobrazisz, Drogi Czytelniku – nie, to nie to, to coś
jeszcze tragiczniejszego, gorszego. Wyrazy uznania dla Elle Fanning,
jeszcze będą z niej ludzie. Jesse w jej wykonaniu świetnie
przechodzi z sympatycznej, prostej dziewczyny w zimną i
egocentryczną „woskową figurę”. Poza nią chciałbym jeszcze
wyróżnić Jenę Malone jako Ruby (na zdj. powyżej po prawej). To jest ten najbardziej
tajemniczy rodzaj postaci drugoplanowej, która, o ile jest dobrze
zagrana, w oczach widza staje na równi z główną bohaterką. I na
stałe zapisuje się w pamięci, dzięki takim scenom jak na przykład
ta druga w kostnicy.
Jeden ze sloganów reklamowych „Neon
Demon” stawiał dwa pytania retoryczne: „Czy to tylko piękny
sen? A może wstęp do koszmaru?”. Dla mnie jedno i drugie, chociaż
tego pierwszego jest zdecydowanie więcej, i jest to naprawdę
przepiękne, a to drugie gwałtownie się zaczyna i jeszcze
gwałtowniej kończy. Refn, czym ci ta biedna Jesse zawiniła, że
zafundowałeś jej taki koniec?!
OSTRZEŻENIE: „Neon Demon” bywa
porównywany do „Mulholland Drive”. Nie dajcie się zwieść! Oba
te filmy wprawdzie mają niektóre cechy wspólne (LA, wątek
robienia kariery, żądza, zazdrość), ale w gruncie rzeczy są
zupełnie różne, zarówno od strony wizualnej, jak i sposobu
prowadzenia narracji. Ach, ten marketing...


