czwartek, 3 grudnia 2015

Oszukać przeznacznie 6? - recenzja filmu "11 minut" (2015)

  No więc tak, mamy w filmie następujących „bohaterów”:
  • mężczyznę (Wojciech Mecwaldowski, na pierwszym zdjęciu),
  • jego żonę (Paulina Chapko),
  • reżysera Richarda (Richard Dormer),
  • sprzedawcę hot dogów (Andrzej Chyra),
  • jego syna, kuriera (Dawid Ogrodnik, na drugim zdjęciu),
  • gościa naprawiającego okna (?) (Piotr Głowacki, który wystąpił chyba w 90% polskich filmów z ostatnich 2 lat),
  • malarza-emeryta (Jan Nowicki),
  • niezrównoważonego psychicznie (?) nastolatka (Łukasz Sikora).

 Coś ich łączy (to i tak nie wszyscy, ale reszta się nie liczy)? Mają coś na sumieniu? Może kiedyś coś przeskrobali? Niektórzy tak, a niektórzy nie, to bez znaczenia. W tym filmie NIE ma czegoś powszechnie zwanego fabułą, a przynajmniej ja nie zauważyłem. Po prostu wszyscy wyżej wymienieni znajdą się naraz w nieodpowiednim miejscu i w niewłaściwym momencie, w związku z czym spotka ich coś, czego wymyślić nie powstydziliby się wszyscy scenarzyści serii „Oszukać przeznaczenie” razem wzięci. Jeszcze bardziej od braku jako takiej historii w tym filmie zaskakuje zakończenie, dla mnie podkreślające, za przeproszeniem, absurdalność zarówno wizji Skolimowskiego, jak i ogólnie życia oraz jego końca. Więc czy przesłaniem „11 minut” jest memento mori? Zapytany o to przez Pawła T. Felisa Jerzy Skolimowski stwierdził, że „raczej carpe diem” (wywiad w Gazecie Wyborczej, 23 października 2015).
 W tym samym wywiadzie Skolimowski wyznał, że film ten jest realizacją jego postanowienia powziętego po śmierci młodszego syna, Józefa (zmarł w 2012 r. w Indiach po ciężkiej chorobie). Miał codziennie napisać co najmniej cztery strony tekstu. Zdarzało się, że kilkanaście godzin spędzonych przed komputerem nie przynosiło efektów. I tak oto powstał scenariusz „11 minut”. Z całym szacunkiem, rozumiem szlachetność idei i wytrwałość, ale ten film jest bardzo dobrym przykładem na to, że robienie czegoś na siłę przynosi raczej nieciekawe skutki.

 Od strony technicznej „11 minut” prezentuje się wyśmienicie. Operator Mikołaj Łebkowski podszedł do swojego zadania z finezją w najlepszym tego słowa znaczeniu – zdjęcia zaskakują zróżnicowaniem oraz oryginalnością (FDP – First Dog Perspective) i, co najważniejsze, nie męczą ani nie irytują. Jedno, jedyne zastrzeżenie – Warszawa została tu tak sfilmowana, iż mam wrażenie, że cała akcja dzieje się w promieniu kilkuset metrów od Pałacu Kultury (za wyjątkiem sceny z ratownikami w kamienicy i malarzem nad Wisłą). Całokształtu wizualnego dopełnia montaż Agnieszki Glińskiej (Złoty Lew na tegorocznym festiwalu w Gdyni, także za film „Intruz”). Niektóre sceny są dłuuugie i płynne, a inne nerwowo poszarpane. Muzyka skomponowana przez Pawła Mykietyna (kolejny Złoty Lew) momentami wierci dziury w uszach, ale doskonale pasuje do danej sceny. Taki film, co tu dużo gadać.

 Podsumowując, „11 minut” (które tak naprawdę trwa ok. 80 minut) pozostawiło we mnie niedosyt i... niesmak? Spodziewałem się jakiegoś porządnego thrillera z wyraźnym zawiązaniem akcji, perypetiami, punktem kulminacyjnym i rozwiązaniem akcji, a tu... wymyśl sobie sam, co to wszystko ma znaczyć. Kim tak naprawdę jest sprzedawca hot dogów? Dlaczego kurier słyszy dziwne głosy? Dlaczego samolot tak nisko lata nad miastem? Jakby tego było mało, to niby trwa 11 minut (11 + samolot = wrzesień = buuum) i dzieje się w Warszawie o godzinie 17 (1 sierpnia 1944 r., pamiętamy). O co tu w ogóle chodzi!? Nie, ja dziękuję, wystarczy.